AMNEZJA
-Cholerny Potter. Pieprzony zbawca
świata czarodziejskiego. Z czym do ludzi?... - Draco Malfoy szybko
przemierzał korytarze Hogwartu, klnąc pod nosem na czym ten świat
stoi. Nagle zza zakrętu wypadł obiekt jego aktualnych rozmyślań.
Wybraniec we własnej osobie.
-Malfoy – warknął.
-O, brawo Potter. Nauczyłeś się
mojego nazwiska. Hej, ludzie słyszeliście? Trzeba to uczcić! -
Uniósł brew, ironicznie się uśmiechając. Zauważył, że Gryfon
już celował w niego różdżką. Trzeba przyznać, refleks to on
ma. - No weź, nie zamierzam ci nic zrobić. Chyba. Bo widzisz, to
jest tak, że od pierwszej klasy się żremy, ale nie moglibyśmy
rozmawiać po ludzku. Ja wiem, że podtrzymywanie tradycji i w ogóle,
ale jednak.- Uśmiechnął się szeroko. Chwila konsternacji Pottera
była wystarczająca, żeby zdążył wyjąć różdżkę z rękawa.
Wielbił Blaisa za ten pomysł. Hmmm, może po przyjściu do
dormitorium jakoś mu to wynagrodzi? Przed oczami już stanął mu
dość sugestywny obrazek, kiedy Potter musiał zacząć gadać.
- Malfoy, co ty mi proponujesz? -
spytał. Inteligentny, jak zawsze. Zmierzył Wybrańca wzrokiem z
góry do dołu.
-No, jak to co? Oczywiście, że
namiętny seks w zamian, za spokój od moich ślizgonów. Wolisz
swoje dormitorium, czy moje? Chociaż prywatne kwatery Severusa... -
zawiesił głos i oparł się o ścianę, patrząc na Pottera spod
przymrużonych powiek. Tak, zmiana kolorów od białego do zgniłej
zieleni na twarzy jego nemezis była już wystarczająco
satysfakcjonująca.
- Co... - więcej nie zdołał
wykrztusić, bo Draco, jak na dobrego ślizgona przystało już
powiedział:
- Experialmus. - Różdżka Pottera
wylądował w ręce Draco. - Na prawdę myślałeś, że mówię
serio? Oj Potty, Potty. Spodziewałem się po tobie większej
nieufności. W końcu wiesz, Czarny Pan, Śmierciożercy i te sprawy.
- Ty sobie...
- Żartuję, nagrabię? Cokolwiek masz
do powiedzenia, mało mnie to obchodzi. Poznaj swojego wroga, Potter.
Ale szczerze, to mnie zaskoczyłeś. Nie przypuszczałem, że taki
teksty na ciebie podziałają. Czyżby Baranek Jasnej Strony wolał
chłopców? - Jego twarz wykrzywiła się w ironicznym uśmieszku.
- Jesteś wredną fretką, Malfoy –
warknął.
- Dziękuję, za te ciepłe słowa
uznania. - Ukłonił się głęboko. Nie wiedzieć czemu, właśnie
to najbardziej zabolało Harry'ego.
- Syn Śmierciożercy – wypluł.
- Ja przynajmniej mam ojca.
- Dupek.
- Na więcej cię nie stać?
- Pieprz się Malfoy!
- Z tobą? Choćby zaraz. - Przejechał
językiem po wardze.
Chwilę później zobaczył przed
oczami pięść Pottera i usłyszał chrzęst łamanej kości. Lekko
zatoczył się do tyłu, ale utrzymał równowagę. Z lekkim
zdziwieniem i przestrachem w oczach popatrzył na ślady krwi na
ręce.
- Zapłacisz za to – wysyczał.
- Ojej, zeszpeciłem twoją
arystokratyczną buźkę? - Szydził Potter.
Draco, niewiele myśląc, odrzucił
obie różdżki i mugolskim sposobem rzucił się na chłopaka
stojącego przed nim. Harry, który nie spodziewał się takiego
obrotu sprawy zaskoczony upadł na ziemię. Na twarzy Malfoya pojawił
się zarozumiały uśmieszek. Gryfon, po otrząśnięciu się z
pierwszego szoku wziął sprawy w swoje ręce. Malfoy wziął go z
zaskoczenia, ale to on miał „sesje treningowe” ze swoim kuzynem.
Kto by pomyślał, że na coś się przydadzą. Tarzali się po
podłodze przez kilka minut, aż Draco poczuł nagłe uderzenie w tył
głowy i wszystko spowiła ciemność.
Harry, ciężko dysząc podniósł się
z podłogi i z lekkim, no bo jak można oczekiwać więcej,
niepokojem popatrzył na leżącego na podłodze ślizgona.
Przedstawiał sobą opłakany widok. Wzdychając cierpiętniczo
rzucił szybkie Enervate. Tak jak się spodziewał. Nie zadziałało.
Jeszcze raz ciężko westchnął i podniósł chłopka z ziemi. Nie
mógł go przecież tutaj zostawić, nawet jeżeli to Malfoy. Chłopak
nie był znów taki ciężki, mimo to Harry cieszył się, że do
Skrzydła Szpitalnego nie było zbyt daleko.
Popchnął drzwi barkiem i położył
Malfoya na najbliższym łóżku. Sekundę później ze swojego
pokoju wybiegła pani Pomfrey.
- Panie Potter, co znów się stało?
Słowo daję, następnym razem nie przyjmę. Nie za często mnie pan
odwiedza? I co tym razem?
- Proszę się uspokoić. Tym razem nie
chodzi o mnie. - Przesunął się trochę, dając pielęgniarce
lepszy dostęp do łóżka. - To ja już sobie pójdę, co?
- Pan, panie Potter nigdzie się nie
rusza. - Kobieta pochylała się nad Draco, mamrocząc pod nosem
jakieś zaklęcia. - Zostanie pan i wyjaśni, co się tym razem
stało.
- Ale to nie moja...
Pielęgniarka zgromiła go wzrokiem.
- Nie chcę słyszeć, że to nie pana
wina. Wszystko pan wyjaśni i wtedy zobaczymy. Proszę usiąść w
moim gabinecie. Zaraz tam podejdę. - Odwróciła się z powrotem i
znów zaczęła coś mruczeć.
Gryfon, chcąc, nie chcąc powlekł się
na wyznaczone miejsce. Świetnie, przez to całe zajście nie poszedł
na GD, Hermiona zrobi mu kazanie, ludzie będą zawiedzeni, a... Jego
rozmyślania przerwało wejście pielęgniarki.
- No, panie Potter. A teraz opowie mi
pan wszystko po kolei. Tylko bez wykrętów proszę.
Harry westchnął mentalnie i
przygotował się na niezłą burę od kobiety.
- Więc, na korytarzu wpadłem na
Malfoya. Zaczęliśmy się wygadywać i w końcu przeszło do
rękoczynów i chyba trochę mnie poniosło. - Zakończył kulawo
- Trochę? Panie Potter, na mojego
pacjenta nie działają żadne, powtarzam żadne zaklęcia cucące.
Muszę o tym poinformować dyrektora. Jest pan tego świadomy? -
pielęgniarka stanęła nad nim i popatrzyła groźnie.
- Tak, oczywiści. - Zwiesił głowę i
nie odzywał się więcej.
Po pół godzinie do Skrzydła
Szpitalnego wszedł Albus Dumbledore, a zaraz za nim, powiewając
swoimi czarnymi szatami Snape. Chwilę potem do pomieszczenia wbiegła
Parkinson. I cały spokój szlag trafił. Harry podniósł się z
krzesła i podszedł do dyrektora.
- Panie profesorze. - Skinął lekko
głową.
- Harry, mój chłopcze. Powiesz mi co
się stało? - Mężczyzna przysiadł na skraju szpitalnego łóżka,
patrząc uważnie na Harry'ego.
Gryfon jeszcze raz zaczął opowiadać
całą historię, za której tło robiło nieustanne świergotanie
Parkinson. Kiedy skończył Dumbledore tylko się uśmiechnął i
kiwnął głową. Podszedł do łóżka Malfoya i zaczął badać
chłopaka. Po pięciu minutach względnej ciszy – nie liczył na
to, że ślizgonkę da się zamknąć – dyrektor odwrócił się do
wszystkich.
- Dyrektorze, co z nim? - spytał
Mistrz Eliksirów.
- Pan Malfoy musi sam do siebie wrócić.
To niemagiczne obrażenia. Nic z tym nie zrobimy, jego organizm sobie
poradzi.
- Ale pani dyrektorze, Potter trzeba
ukarać, on zrobił to specjalnie, jestem pewna. Przecież on... -
Dyrektor przerwał jej machnięciem ręki.
- Panno Parkinson, nie sądzę, żeby
Harry zrobił to specjalnie. Myślę, że wina leży po obu stronach.
A teraz żegnam. - Pomachał wszystkim i wyszedł za drzwi.
- Ale... - Pansy stał na środku
pomieszczenia z otwartymi ustami i wpatrywał się w drzwi. Snape
chwycił ją za ramię i także wyprowadził. Pielęgniarka nadal
stała nad pacjentem, mamrocząc sama do siebie. Gryfon omiótł całe
pomieszczenie wzrokiem, wzruszył ramionami i ruszył do wyjścia.
Kiedy przeszedł przez dziurę pod
portretem został otoczony przez sporą grupę gryfonów, którzy coś
do niego wrzeszczeli.
- Ludzie, spokojnie, nic nie rozumiem.
- Usiadł na fotelu i odwrócił się w stronę zbiegowiska. - A
teraz powiedzcie o co ten hałas, bo nie rozumiem.
- Harry, dlaczego cię nie było na
spotkaniu GD? - zapytała Hermiona.
Westchnął ciężko, który to już
raz w dniu dzisiejszym, a potem zaczął opowiadać całą sytuację.
Kiedy skończył w pokoju przez chwilę panował błoga cisz. I nagle
się zaczęło.
- Harry, mogłeś go zabić! -
krzyczała zdenerwowana Hermiona.
- Stary, gratulacje. Wreszcie
wykluczyłeś fretkę z gry. Chociaż na chwilę. - Ron klepał go po
ramieniu.
- Nic ci się nie stało? – pytała
zatroskana Ginny.
Ktoś jeszcze coś krzyczał, posypały
się gratulacje i pytania o samopoczucie. Czyli całkiem normalna
sytuacja w Wieży Gryfindoru. Kilka minut później w Pokoju Wspólnym
pojawiły się butelki Kremowego Piwa i słodycze z Miodowego
Królestwa. Gdzieś nawet mignęła butelka Ognistej Whiskey. I kto
by pomyślał, że gryfoni będą się tak cieszyć z nieprzytomnego
Malfoya. Harry odszukał wzrokiem Hermionę. Dziewczyna stała oparta
o ścianę w najdalszym kącie pomieszczenia. Gromiła wzrokiem całe
zgromadzenie i prychała na każdego, kto do niej podchodził. Harry
podszedł do niej i stanął obok.
- Co się stało, Miona?
- A nie widzisz. Jak możecie się
cieszyć z tego, że jest nieprzytomny. - Zaczęła żywo
gestykulować. - Tak nie można. Naprawdę mogłeś go zabić. Jak
myślisz, czy uderzenia w głowę szybko się goją? Nie sądzę,
a...
- Herm, spokojnie. Bo pomyślę, że
coś czujesz do tej fretki. - Uśmiechnął się lekko.
Dziewczyna zachłysnęła się
powietrzem i popatrzył na niego szeroko otwartymi oczami.
- Co? Harry, czyś ty zwariował? To
tylko głęboko pojęte poczucie moralności i... i... - Zawiesiła
się lekko.
- To dobrze, bo u niego raczej byś nie
miała szans.
- Przepraszam, co? Uważasz, że nie
jestem dość dobra dla...
- Nie, nie. To w ogóle nie chodzi o
to. Po prostu Malfoy chyba patrzy w tą samą stronę co ty, przy
wyborze potencjalnych partnerów. - Uniósł do ust butelkę z
Kremowym Piwem, obserwując mocno zarumienione policzki dziewczyny.
- Skąd możesz to wiedzieć? Nikt się
z tym nie afiszuje.
- Tak, nikt oprócz Deana i Seamusa,
jak sobie popiją. - Popatrzył na uniesione brwi gryfonki. -
Naprawdę nie widziałaś jak ostatnio się do siebie kleili?
Zresztą, zostawmy temat tej dwójki. Odpowiadając na twoje pytanie.
Malfoy składał mi na korytarzu bardzo jednoznaczne propozycje.
Dziewczyna popatrzyła na niego z
szokiem na twarzy. Tak, on sam nie mógł w to uwierzyć, ale cóż.
To ślizgon. Czego można się po nim spodziewać? Położył
dziewczynie rękę na ramieniu i powiedział:
- Chodź spać, Miona. Też nie
zamierzam tu dłużej siedzieć. - Przytulił ją lekko i poszedł do
dormitorium.
Rano jakoś zwlekł się z łóżka,
ale już od progu Wielkiej Sali witały go spojrzenia ślizgonów
pełne nienawiści i wyrzutu. Starając się na nich nie patrzeć,
usiadł na swoim stałym miejscu i zabrał się za jedzenie. Kiedy
kończył posiłek podbiegła do niego pierwszoroczna gryfonka. Eee,
jak ona się nazywała?
- To kartka od profesora Dumbledora –
wymamrotała i uciekła na drugi koniec stołu.
Na kawałku papieru było napisanych
tylko kilka słów.
Po śniadaniu przyjdź do Skrzydła
Szpitalnego.
Cóż, mus to mus. Chcąc, nie chcąc ruszył na spotkanie. Kiedy
wszedł do pomieszczenia od razu rzuciło się w oczy to, że Malfoy,
na Merlina, jest przytomny! Nie mógł tak dłużej poleżeć?
- A to kto? - dobiegł go zaciekawiony głos chłopaka. Zaskoczony
podniósł głowę i bezczelnie się na niego gapił.
- To pan Potter. A teraz wybacz nam. Musimy porozmawiać. - Dyrektor
wskazał Harry'emu gabinet pani Pomfrey. Gryfon grzecznie poszedł za
starszym mężczyzną. Kiedy dyrektor usiadł na krześle, Harry
stał, oparty o ścianę.
- Co się z nim stało? Czemu mnie nie pamięta?
- Amnezja, nie wiemy jak długo potrwa.
- I po to mnie pan zwalniał z lekcji? Jeśli oczywiście jestem
zwolniony, bo nie zamierzam odrabiać szlabanu przez pana widzimisię,
czy...
- Harry, spokojnie. Oczywiście, że jesteś zwolniony. A ściągnąłem
cię tu po to, żeby powiedzieć ci o twojej karze, za doprowadzenie
pana Malfoya do tego, a nie innego stanu.
- Podobno miało nie być kary. Sam pant tak mówił!
- Mówiłem, ale po długiej rozmowie z profesorem Snapem... - Harry
prychnął. - Doszedłem do wniosku, że to pomoże zacieśnić
relacje pomiędzy dwoma domami. Jako, że Draco nic nie pamięta, ty
będziesz musiał go wprowadzić i...
- Co! Pan sobie żartuje! Przecież...
Dumbledore podniósł się z krzesła i popatrzył z góry na
chłopaka.
- I mam nadzieję, że odstawi pan na bok własne animozje i
przedstawi suche fakty. Dopiero kiedy pana niechęć jakoś osłabnie,
może pan zacząć bardziej uczuciowo, że tak to ujmę. I nie zniosę
sprzeciwu. Proszę się iść przywitać z panem Malfoyem i
wprowadzić w życie szkolne. Będzie chodził na pańskie lekcje,
dopóki pamięć mu nie wróci. Może pan iść.
Harry pokręcił głową zrezygnowany i wrócił do niedawno
opuszczonego pomieszczenia.
-E... Malfoy? - stanął niepewnie na środku pomieszczenia.
- Mów mi Draco. - Uśmiechnął się szeroko. - A ty jesteś?
- Harry – wyciągnął do niego rękę, którą chłopka
energicznie potrząsnął.
- To gdzie ja jestem?
- Jesteś w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart... - I Harry zaczął
opowiadać całą historię, omijając skrzętnie Voldemorta i całą
resztę politycznej zawieruchy. Drugi chłopak wydawał się być
szczerze zainteresowany. Kiedy skończył, poczuł jak nie może
wydobyć z siebie choćby sylaby więcej. Nalał sobie wody z dzbanka
stojącego koło łóżka.
- A jakie były nasze relacje? - Harry wypluł wodę, którą akurat
przełykał. No co innego mógł zrobić po takim pytaniu?
- No różowo nie było. - Udało mu się wykrztusić. - A teraz
chodź. Zaprowadzę cię do twojego pokoju.
Kiedy Malfoy wreszcie się zebrał, był już wieczór. Potter
wychwalał Merlina i wszystkich założycieli, nawet Slytherina, za
eliksir wielosokowy, który zażyli na drugim roku. Jednak kiedy
stanął przed wejściem do Pokoju Wspólnego ślizgonów zdał sobie
sprawę z tego, że nie zna hasła. Dobra, pozostała jedna
możliwość. Otwórz się! Zasyczał. O dziwo, drzwi stanęły
przed nim otworem. I tym samym wszyscy ślizgoni mieli na nich
doskonały widok. Widział ich zaskoczone twarze, kiedy wszedł do
środka z ich przywódcą, uwieszonym jego ramienia, którego chwycił
się przestraszony wężomową. No kto by pomyślał.
- Draco, skarbie, wszystko w porządku? - zapytała Pansy. Blondyn
skinął niepewnie głową.
- A ty Potter co tu robisz? - Usłyszał głos Zabiniego tuż przy
swoim uchu.
- Dyrektor kazał mi go odprowadzić prosto do sypialni. Macie go o
nic na razie nie pytać. - Widział zwątpienie na wszystkich
twarzach. - No, już, w której sypialni on śpi? - Jakiś
przestraszony pierwszoroczny wskazał mu drzwi drżącą ręką.
Harry skinął mu głową i odtransportował Malfoya do sypialni.
- Świetnie, zostaniesz tutaj. Rano spotkamy się w Wielkiej Sali.
Mam nadzieję, że Zabini cię odprowadzi. Muszę iść. Na razie
Ma... Draco – wymruczał.
- Cześć Harry! - zawołał za nim Malfoy. Zaczynają się ciężkie
czasy. Jak najszybciej wyszedł na korytarz i skierował się do
wieży Gryffindoru. Zdecydowanie potrzebował wsparcia przyjaciół.
Jednak trochę się przeliczył. Ron był zbyt zajęty graniem w
Eksplodującego Durnia, żeby się niem zainteresować. Hermiona
uważała, że mu się należało. A reszta, cóż, za dużo różnych
zajęć, żeby je opisywać. Przybity udał się do dormitorium i nie
zaprzątając sobie głowy przebieraniem, rzucił się na łóżko,
momentalnie zasypiając.
Obudziło go potrząsanie za ramię. Nad nim stał Dean w, no cóż,
ciekawym stanie.
- Dean? Co się stało? - zapytał z lekka rozkojarzony.
- Malfoy jest w Pokoju Wspólnym.
Harry momentalnie poderwał się z łóżka.
- Co on tam robi? Przecież odtransportowałem go do sypialni. Na
Merlina, ślizgoni!
- Chodź lepiej to zobacz. Za dużo tłumaczenia. - Dean praktycznie
siłą wyciągnął go z sypialni i ciągle popychając przed sobą
zbiegł ze schodów.
Na dole czekał go widok, którego nie mógł do końca pojąć.
Malfoy stał roztrzęsiony na środku Pokoju Wspólnego ze śladami
łez na twarzy. Seamus, cały czerwony leżał na kanapie przy
kominku wpatrując się w nocnego gościa z rosnącym przerażeniem.
Kiedy tylko Malfoy go zobaczył uwiesił się mu na szyi, ze
zdławionym szlochem. Gryfon nie miał pojęcia jak zareagować. W
końcu niecodziennie twoja szkolna nemezis rzuca ci się na szyję.
Lekko odepchnął ślizgona i posadził na fotelu.
- Muszę chwilę pogadać z chłopkami. Poczekaj moment.
Zrzucił nogi Seamusa z kanapy i usiadł na niej. Tamten nic sobie z
tego nie robiąc zarzucił nogi na jego kolana i siedział z
zadowolonym uśmiechem na twarzy. Dean usiadł na podłodze, patrząc
na nich z rozbawieniem.
- No, a teraz po kolei. Co się stało?
- Więc tak. Siedzieliśmy sobie i...
- Oszczędź mi szczegółów, mogę sobie chyba wyobrazić co
robiliście, więc do konkretów proszę.
- Ooo, Harry. Czyżbyśmy o czymś nie wiedzieli? Złoty Chłopiec
woli chłopców? - naśmiewał się Finnagan. Chwilę potem oberwał
poduszką.
- Może. A jeśli nawet to nic ci do tego. Do rzeczy.
- W pewnym momencie jeden z portretów zaczął wołać, że ktoś z
innego domu stoi przed portretem Grubej Damy. No to go wpuściliśmy.
Ale nie chciał mi nic mówić, więc posłałem Deana po ciebie.
Harry, co się dzieje?
- Amnezja. Po tym jak uderzyłem go w ten jego zakuty łeb stracił
pamięć. A moją karą jest się nim zaopiekować. Już gorszej nie
mogli sobie wymyślić. - Popatrzył na skulonego na fotelu ślizgona.
- No wiesz, brzydki to on nie jest. Więc może wyciągniesz jakieś
korzyści, co? - Irlandczyk podniósł sugestywnie brwi.
- Seamus! - wykrzyknęli razem.
- Co? To tylko taka luźna propozycja. Chodź Dean. Harry musi
pogadać ze swoim podopiecznym. - Wstał i chwytając Deana za rękę
poprowadził go na górę.
- Kiedyś cię zabiję – zaświergotał za nim Harry.
- Też cię kocham! - odkrzyknął tamten i zatrzasnął drzwi do
dormitorium.
Harry przywołał gestem Draco. Kiedy ten już usiadł koło niego na
kanapie, kazał mu wszystko opowiedzieć. I wraz z rozwojem historii
coraz bardziej przeklinał ślizgońskie potyczki o władzę. Okazało
się, że Zabibiemu coś odstrzeliło do głowy i postanowił
poprowadzić polityczną dyskusję, w którą siłą wciągnął
Draco. Jednak nie zapoznany z faktem, że ten stracił pamięć,
opisywał tortury jakimi będzie raczył mugoli po wstąpieniu w
szeregi Voldemorta. Cholerni ślizgoni. Draco, kiedy tylko skończył
przylgnął do Harry'ego chowając nos w jego włosach. Ta sytuacja
była tak irracjonalna, że bardziej by się nie dało. Jednak coś
dyrektorowi obiecał. Zostawił śpiącego chłopaka na kanapie,
uprzednio przykrywając go kocem, a sam poszedł z powrotem do łóżka.
Dlaczego jutro nie mogła być sobota?
Na całe szczęście wstał wcześniej, niż większość ludzi.
Szybko się ubrał i zbiegł na dół. Obudził Malfoya, który nie
narzekał na swój wygląd. Co samo w sobie było zadziwiające.
Zeszli na śniadanie, po którym szli na wszystkie lekcje gryfona.
Jeszcze nie wiedział jak, ale musiał przeżyć te ze ślizgonami.
Nie było znowu tak źle. Za każdym razem, kiedy tylko któryś z
nich podchodził bliżej, Draco chował się za Harry'ego i nie
zamierzał wychodzić. Kolejne dni wyglądały mniej więcej tak
samo. Gryfon nawet nie wiedział kiedy, ale zaczął się
przywiązywać do Draco. Kiedy nie zgrywał arystokratycznego dupka i
nie straszył, że powie wszystko ojcu można było z nim spoko
pogadać. Blondyn już chyba na stałe spał na kanapie. Że też
było mu tam wygodnie. Zaraz pierwszego dnia przynieśli jego rzeczy,
w czym skutecznie pomogli Dean z Seamusem. Obaj przyzwyczaili się do
towarzystwa Malfoya i nawet go polubili. Codziennie chodzili uczyć
się w dwójkę do biblioteki. To był teren w miarę neutralny.
Chowali się w najdalszym kącie i nikt ich nie zaczepiał. Przez
pierwsze dwa dni próbował tego Parkinson, ale nawet do niej
dotarło, że nic na dzień dzisiejszy nie wskóra.
Malfoy miał regularne wizyty u pani Pomfrey, ale ona nie widziała,
żeby coś drgnęło, chociaż trochę. Nadal nie miał wszystkich
wspomnień. Po miesiącu wzajemnej nauki Harry zaczął opowiadać o
relacjach między domami i wszystkim, co wywoływało u niego głębsze
emocje. O dziwo Draco rozumiał. Każdy dzień mijał im względnie
tak samo. Aż do któregoś październikowego popołudnia. Jak zwykle
uczyli się w bibliotece. Mieli jutro ważny test z Historii Magii, a
znając Binnsa da same najnudniejsze rzeczy, które były do wykucia.
W pewnej chwili Draco podniósł głowę znad notatek i przyglądał
się gryfonowi.
- Harry... - powiedział. Zawołany poniósł głowę z trochę
nieprzytomnym spojrzeniem. Ślizgon przechylił się przez stolik i
dotknął ręką policzka Harry'ego. Ten nie miał zielonego pojęcia,
co robić. Wiedział tylko jedno, że w tej chwili świat zwolnił na
moment. - Mogę? - skinął lekko głową, a zaraz potem poczuł na
swoich wargach dotyk miękkich usta Draco. Z ochotą oddał
pocałunek. Kiedy oderwali się na chwilę, żeby zaczerpnąć
oddechu blondyn powiedział:
- Spokój od moich ślizgonów masz zapewniony, a co z twoją częścią
umowy?
Harry zaskoczony chciał się odsunąć, ale uniemożliwiła mu to
dłoń Draco nadal leżąca na jego karku. No i wzrok ślizgona. Z
lekkim błyskiem arogancji, ale zarazem tak ciepły.
- Ty... ty nie straciłeś pamięci? - wydukał.
- Nie.
- To po co był ta cała gra. Spędziłeś ze mną ponad miesiąc! -
Spróbował się wyrwać, ale nadal nie dawał rady.
- Bo inaczej byś nie zwrócił na mnie uwagi – wyszeptał Draco,
spuszczając wzrok na blat stolika.
- Inaczej... czekaj, co?
- Dobrze słyszałeś, nie muszę tego powtarzać. Naprawdę
zaprzyjaźniłbyś się ze mną, gdybym ci to zaproponował? Nie. A
tak musiałeś ze mną rozmawiać.
- Kto o tym wiedział?
- Cały piąty rok Slytherinu, no i sądzę, że dyrektor się
domyślił. Inaczej nie wlepiłby ci takiej kary.
- Wiesz, jesteś najbardziej przebiegłą i wredną fretką, jaką
znam.
Po tym oświadczeniu oczy Draco się rozszerzyły, a sam chłopak
gwałtownie wstał, przewracając przy tym krzesło. Odwrócił się
w stronę wyjścia, ale odejście uniemożliwiła mu ręka Harry'ego
zaciśnięta na jego nadgarstku. Gryfon podniósł się i stanął
naprzeciwko.
- Ale jesteś też świetnym towarzyszem rozmów, wiesz. I... i
myślę, że naprawdę cię lubię. - Uśmiechnął się delikatnie,
kiedy na twarz ślizgona zaczęło wkradać się zrozumienie. Chwilę
potem został przyciągnięty do kolejnego pocałunku.
END.
Kocham :3
OdpowiedzUsuń