To opowiadanie dedykuję Kindze :3 Było pisane dla Niej na Święta a teraz dziękuję za wszystkie odpały na lekcjach i Henryka xDDD Miłego czytania :3
*Manabu*
Stanąłem na środku
przedpokoju i z wrażenia upuściłem torbę. Jasne, wiedziałem, że
Kazuki nie należy do biednych, ale nie, że ma aż tyle kasy. Sam
bym wiele oddał za taki dom. Nagle poczułem lekki dotyk na
ramieniu.
- Zbieraj szczękę z
podłogi i wchodź – Kazuki lekko popchnął mnie do środka.
No, ale zaczynając od
tego jak się tutaj znalazłem. Otóż moi drodzy, nadopiekuńczy
rodzice stwierdzili, że skoro wyjeżdżają aż na 2 miesiące,
wieczność normalnie, to nie mogę zostać sam w domu. Jakbym miał
pięć lat. Na szczęście kochany Kazuki zaproponował mi nocleg
i... Chwila... czy ja właśnie pomyślałem o Kazu kochany?
*Kazuki*
Popchnąłem lekko
Manabu, zakładając, że nie zamierza się ruszyć. Tak, wiem. Mamy
spory dom, ale to nie moja wina, że staruszkowie uwielbiają chwalić
się forsą. Westchnąłem cicho widząc, że chłopak przeszedł
tylko kilka kroków i stoi wpatrując się w jeden punkt. Naprawdę,
Bu potrafi być irytujący, będąc równocześnie strasznie słodkim.
Tak, powiedziałem słodki. Jest uroczy. Najchętniej wziąłbym go i
nie wypuszczał, ale jest zbyt niewinny. Chociaż to też w nim
lubię. Dobra, skoro się nie chce ruszyć, to spróbujemy inaczej.
Podszedłem do niego po cichu i zaplotłem ręce wokół jego pasa.
Od razu poczułem, że chłopak się spiął.
*Manabu*
poczułem oplatające
mnie ręce. Moją natychmiastową reakcją było napięcie wszystkich
mięśni. Odwróciłem się i wyrwałem Kazukiemu. Dobrze wie, że
nie lubię przesadnej bliskości.
- Co ty robisz? -
spytałem.
Chłopak wystrzelił
zaciśniętą pięść w górę i wykrzyknął:
- Tak! Udało mi się go
ocucić! - I nie czekając na moją odpowiedź pociągnął mnie za
sobą.
- Tutaj jest kuchnia...
salon... - I ciągnąc tak dalej oprowadził mnie po całym domu.
Niewiele zdołałem z tego zapamiętać. Mieszkanie robiło wrażenie.
Jasno oświetlone, z dużą panoramą Tokio. Cudowne.
*Kazuki*
Manabu szybko ode mnie
odskoczył i odwrócił się, ciskając gromy z oczu.
- Co ty robisz? -
wzruszyłem ramionami, nie próbując się tłumaczyć. A grzeczniej
nie można? No dobra, uznajmy, że tym razem to była moja wina.
Stwierdziłem, że nie ma co się rozwijać z odpowiedzią. Więc jak
zawsze, najpierw robię, potem myślę. Wyrzuciłem ręce w górę,
krzycząc:
- Tak! Udało mi się go
ocucić! - Taaak...stanowczo za dużo telewizji mi nie służy.
Pociągnąłem Manabu za rękę, oprowadzając po mieszkaniu. W końcu
ma tutaj mieszkać przez najbliższe dwa miesiące, więc musi
wiedzieć gdzie co jest, prawda? Widziałem, że oczy chłopaka robią
się coraz większe w miarę odkrywania kolejnych pomieszczeń.
Jednak zaświeciły się dopiero na widok tymczasowej sypialni.
- No, a tutaj jest twój
pokój – powiedziałem, gestem zapraszając go do środka.
*Manabu*
No
czego, jak czego, ale nie tego się spodziewałem. Myślałem o
jakimś kącie na rozłożenie karimaty, a nie o własnym pokoju.
Zdecydowana przesada. Nie, żebym marudził, czy coś, ale to chyba
stanowczo za wiele.
-
Kazuki, nie, żebym tego nie doceniał, ale to chyba przesada –
popatrzyłem na przyjaciela.
-
Jaka przesada? Chyba nie myślałeś, że pozwolę ci spać przez dwa
miesiące na karimacie, prawda? Rozpakuj się, zawołam cię na
obiad.
Kazuki
wyszedł z pokoju zamykając za sobą drzwi. Dosłownie sekundę
później rzuciłem się na łózko i zacząłem na nim podskakiwać.
Tak wiem, dziecinne zachowanie, ale... Nie, żebym narzekał na
warunki u siebie w domu, bo są świetne. Jednak tutaj jest cudownie.
Swoją drogą, nigdy nie byłem jeszcze u niego w domu. Przyjaźnimy
się już parę dobrych lat, ale zawsze spotykaliśmy się na
mieście. Ewentualnie u mnie. Cóż, może wynikało to z tego, że
Kazu nie chciał chwalić się kasą rodziców. Jakkolwiek, cieszyłem
się, że pozwolił mi u siebie zamieszkać.
*Kazuki*
Zostawiłem
Manabu samego. Widziałem, że najchętniej od razu rzuciłby się na
łózko, ale nie chce tego robić w mojej obecności. Zbyt dobrze go
znam, żeby nie zdawać sobie z tego sprawy. Trzeba się wziąć za
przygotowanie obiadu. Kochana mama jak zawsze wyszła i nie zostawiła
żadnych instrukcji. Ja wiem, że trzeba sobie samemu radzić, ale
jednak. Jedyne nad czym nie muszę myśleć i starać się, żeby nie
wybuchło, to onigiri, więc Bu będzie musiał się tym zadowolić.
Kiedy kończyłem lepić kulki zadzwonił mój telefon. Rzuciłem
okiem na wyświetlacz. „Yuu”.
-
Moshi-moshi – powiedziałem.
-
Cześć, Aoi z tej strony. Chcesz dzisiaj gdzieś wyskoczyć?
- A
mówiąc „gdzieś” masz na myśli...
-
Tam gdzie zwykle. Podjadę po ciebie koło 7. Może być?
-
Byłoby super, ale...mam gościa.
-
Gościa? - Usłyszałem w jego głosie specyficzną nutę. -
Kogo tym razem zgarnąłeś?
-
Spadaj, idioto. To przyjaciel.
-
Przyjaciel, którego najchętniej byś przeleciał, co?
-
Nie licz na to. - Powoli zaczynałem się wkurzać. Zrozumcie,
naprawdę lubię Yuu, ale czasem jest niemożliwy.
-
Daję ci miesiąc. - Widziałem w głowie ten jego złośliwy
uśmiech, który serwuje mi za każdym razem, kiedy wchodzę w
kolejny, durny zakład. - Weź go dzisiaj ze sobą, chcę go
poznać.
-
Zapewniam cię, że nie chcesz.
-
Niby dlaczego? Twoi przyjaciele, są moimi przyjaciółmi, czy
jakoś tak to szło.
Dobra,
co powiedzieć? Zakładam, że Manabu bardzo chętnie gdzieś by
wyszedł, ale boję się skonfrontować go z Aoiem. Przecież ten
człowiek to chodząca perwersja i nic innego. Jego związek z Uru
też nie pomaga.
-
Hej, żyjesz tam jeszcze?
-
Hai, ale nie przyprowadzisz ze sobą Uruhy, prawda?
- Co
ci przeszkadza w moim chłopaku?
-
Teoretycznie nic, ale praktycznie...
-
Praktycznie odpowiedz mi tak, albo nie. To nie jest trudne, Kazu.
Westchnąłem
cierpiętniczo.
- No
niech ci będzie. Przyjedź po nas o tej 7, ale wychodzimy przed 10.
-
Dobrze, dobrze. - Usłyszałem odgłos przerywanego
połączenia.
Tak,
cały Aoi. No cóż, skoro mamy wyjść wieczorem, to trzeba się
streszczać.
-
Manabu, chodź na obiad – zawołałem w stronę drzwi.
Chwilę
potem pojawił się w nich uśmiechnięty chłopak. Na mój widok
wyszczerzył się jeszcze bardziej.
-
Co? Coś nie tak? - zapytałem.
-
Nie, tylko...tylko... dobra, powiem. Słodko wyglądasz w fartuszku.
- Manabu posłał mi szeroki uśmiech, ale i tak zdążyłem zauważyć
lekkie rumieńce na jego policzkach. Tak, nawet powiedzenie komuś
komplementu potrafi wprawić go w zakłopotanie.
*Manabu*
Usłyszałem
głos Kazukiego. Wyszedłem z pokoju i skierowałem się do kuchni.
I... cóż, widok był ciekawy. To znaczy, nie, że Kazuki jest
ciekawy, tylko, że... ech... on miał na sobie fartuszek! Fartuszek,
rozumiecie to? No widok dość ciekawy. Już samo to, że Kazu
gotuje. Zawsze zgrywa takiego chama.
-
Co? Coś nie tak? - popatrzył na mnie zdziwiony.
-
Nie, tylko...tylko...dobra, powiem. Słodko wyglądasz w tym
fartuszku. - Co ja wygaduję? Słodko? Posłałem w jego stronę
szeroki uśmiech, żeby odwrócić jego uwagę od moich rumieńców.
Czułem, że robię się czerwony na twarzy. To jakiś koszmar.
Nienawidzę tego. Czy ja nie mogę powiedzieć komuś zwyczajnego
komplementu, żeby potem nie wyglądać jak pomidor?
-
Dzięki Bu. A teraz siadaj. - Postawił przede mną talerz z onigiri.
Skąd wiedział, że je lubię? - Masz coś przeciwko wyjściu do
klubu wieczorem? Mój kumpel zaproponował wspólny wypad.
-
Nie, oczywiście, że nie. Tylko jutro jest sprawdzian z japońskiego
i... - spojrzałem na niego, niepewny jego reakcji. Niby przyjaźnimy
się od lat, ale on i tak potrafi mnie nieraz zaskoczyć swoimi
wybuchami złości i zachowywaniem się jak, nie przymierzając –
skurwysyn. Jednak teraz tylko uśmiechnął się i powiedział:
-
Pewnie, zadzwonię do Aoia i powiem, że jednak... - Przerwałem mu
ruchem ręki.
-
Nie trzeba. Przecież możesz iść. Raczej nikt mnie z domu nie
porwie, a ty nie możesz cały czas się mną przejmować.
Kazuki
popatrzył się na mnie. Czułem, że znów zaczynam się rumienić
pod jego uważnym spojrzeniem.
-
Jesteś pewny? Widuję się z nim często, więc mogę to przełożyć.
A rodzice nie wrócą dzisiaj na noc.
-
Kazuki, nie mam pięciu lat, serio. Idź, jeżeli chcesz. Ja się
pouczę.
Skinął
tylko głową i wrócił do posiłku. Chcąc, nie chcąc musiałem
zrobić to samo. Kiedy skończyłem, podziękowałem i wróciłem do
pokoju. Wiem, że on potrzebuje sporo czasu, żeby gdziekolwiek
wyjść. Nawet, jeżeli to wyjście polega na zrobieniu zakupów.
*Kazuki*
Patrzyłem
na plecy oddalającego się Manabu. Nie uśmiechało mi się
wychodzenie bez niego, ale musiałem. Mogłem tylko przypuszczać,
ale zapewne byłyby to bardzo trafne przypuszczenia, że gdybym
odwołał spotkanie Aoi by mnie zabił. Westchnąłem i ruszyłem do
sypialni. Czarna koszulka i rurki wylądowały na łóżku. Poszedłem
się ogarnąć do łazienki. Kiedy wskoczyłem już w przygotowane
ciuchy został mi tylko lekki makijaż i włosy. Chwilę potem byłem
gotowy. Popatrzyłem na zegarek. Do przyjazdu Aoia zostało półtorej
godziny. Położyłem się na łóżku i włączyłem telewizor. Jak
zwykle – nic ciekawego. Skacząc po kanałach w końcu zasnąłem.
Obudził mnie dzwonek telefonu. „Yuu”.
-
Czekam pod domem. Rusz się tutaj.
-
Już, już. - Nie czekając na odpowiedź rozłączyłem się i
wyszedłem na korytarz.
-
Manabu, wychodzę! - krzyknąłem w przestrzeń i wybiegłem przed
dom. Wskoczyłem na tylne siedzenie samochodu.
-
Hej Aoi, Uruha – machnąłem im ręką na powitanie.
Aoi
tylko skinął mi głową, skupiony na prowadzeniu. Jednak Kouyou
obrócił się w moją stronę i pocałował szybko w policzek.
-
Uruha! - wykrzyknąłem. Tamten tylko roześmiał się perliście i
odwrócił do przodu, chwytając Aoia za wolną rękę.
-
Wiesz, że on uwielbia cię denerwować, prawda? - W lusterku
widziałem wyszczerzonego Yuu.
-
Uwierz mi, aż za dobrze zdaję sobie z tego sprawę – mruknąłem.
-
Kazuki, skarbie nie obrażaj się – Uruha obrzucił mnie przelotnym
spojrzeniem. - W klubie znajdziemy ci kogoś do towarzystwa i od razu
się rozchmurzysz. Zobaczysz. Wyobraź sobie, jak wracasz z nim do
domu i...ała! Yuu, on mnie uderzył!
-
Jeszcze słowo, a przysięgam oberwiesz o wiele mocniej – wręcz
warknąłem. Uruha skulił się w fotelu zgromiony moim spojrzeniem.
-
Kazuki, weź mi go nie strasz. Jeszcze mi się przyda w nocy.
-
Wiesz, lekko roztargniony będzie łatwiejszy. - Posłałem w jego
stronę wredny uśmiech. Aoi tylko uniósł brwi i pokręcił głową,
a Uruha głębiej wcisnął się w fotel, ponownie chwytając Yuu za
rękę. Dalsza droga do klubu minęła nam bez zbędnych rozmów.
*Manabu*
Usłyszałem
tylko trzask zamykanych drzwi i w domu zapanowała cisza. Tak
naprawdę nie miałem wcale tak dużo nauki, ale wiedziałem co nieco
o znajomych Kazukiego. I jak on był względem mnie jak dobry,
starszy brat, tak tamci zapewne widzieliby we mnie cel do zaliczenia.
Nie za ciekawie. Ale nie mogłem wymigiwać się testami całe dwa
miesiące, prawda? Kazu w końcu zacząłby coś podejrzewać. Z
ciężkim westchnieniem wróciłem z powrotem do książek. Nauka nie
przychodziła mi z trudem, więc nie musiałem poświęcać na nią
wiele czasu. Szybko jeszcze raz powtórzyłem materiał potrzebny do
testu i wziąłem się za to, co naprawdę kochałem. Za grę na
gitarze. Kiedy tylko moje palce dotknęły strun znalazłem się w
innym świecie. W moim własnym, niepowtarzalnym światku. Gdzie nie
było nikogo innego oprócz mnie i mojej muzyki. Wiem, nie grałem
idealnie, ale to zajęcie pozwalało mi się oderwać. Z tego
swoistego rodzaju letargu wyrwało mnie uporczywe dzwonienie
telefonu. Odłożyłem gitarę na łóżko i odebrałem.
-
Cześć synku, jak się bawisz? - W słuchawce usłyszałem
głos mamy.
-
Nie jest źle, ale to nie ja jestem w Europie, mamo.
-
Wiesz, ze chcieliśmy cię zabrać, ale to podróż służbowa
i...
-
Mamo spokojnie. Ja wszystko rozumiem, u Kazukiego jest bardzo fajnie,
naprawdę. Nie musicie się niczym martwić. Dam sobie radę, a jak
nie to zawsze ktoś mi pomoże. - Jawne kłamstwo, ale najwidoczniej
zadowoliło moją rodzicielkę.
- No
dobrze, to już ci nie przeszkadzam. Zadzwonię za parę dni, jak
znajdę chwilę czasu. Kocham cię, synku.
- Ja
ciebie tez, mamo. - Rozłączyłem się i odłożyłem telefon na
biurko. Odruchowo popatrzyłem na zegar. Już po 10?! Jakim cudem?
Szybko przebrałem się i położyłem dospania. W końcu na test
trzeba być przytomnym. Nawet, jeżeli jest banalny.
*Kazuki*
Kiedy
przekroczyłem drzwi klubu uderzyła we mnie fala dźwięku i woń
alkoholu wyraźnie wyczuwalna w powietrzu. Mimo wczesnej pory parę
osób już słaniało się po kątach. Jak zwykle, żeby dojść do
jakiegokolwiek stolika trzeba było się przeciskać przez masy ludzi
tańczących, o ile można to dziwne podrygiwanie nazwać tańcem, w
rytm muzyki. Pomachałem ręką do DJ-a, który jest moim dobrym
znajomym i wsunąłem się do wnęki w ścianie. Za każdym razem
kiedy tu jesteśmy siadam w tym samym miejscu. Mam stąd bardzo dobry
widok zarówno na tańczących, jak i tych, którzy dopiero wchodzą
do klubu. To bardzo ułatwia mi selekcję. Selekcję... jak to brzmi.
Niezbyt fortunnie, co? Ale przecież nie prześpię się z pierwszym
lepszym klientem klubu. Swoją godność i wymagania też mam.
-
Przepraszam, czy tutaj jest wolne? - usłyszałem nad sobą dość
miły głos. Spojrzałem w górę. Przede mną stał chłopak na oko
w moim wieku, może troszkę młodszy. Aparycja niczego sobie i
przepiękne oczy.
-
Może. Za drobną opłatą. - Popatrzyłem sugestywnie na usta
chłopaka, a zaraz potem uważnie i precyzyjnie taksując wzrokiem
całe jego ciało. Serio niczego sobie. Tamten wyraźnie zmieszał
się pod moim spojrzeniem i mrucząc coś w stylu „To może ja już
sobie pójdę”, aczkolwiek nie usłyszałem wyraźnie, zniknął w
tłumie ludzi. Chwilę później na stoliku przede mną pojawiła się
butelka sake. Na siedzenia obok wsunęli się moi towarzysze, których
wcześniej gdzieś zgubiłem.
- Co
to był za koleś? - zapytał zaciekawiony Aoi. - Bo niczego sobie, a
te ru...ała! - Wylądował na podłodze, kiedy Uruha mocno pchnął
go w ramię. Kiedy tylko Yuu z powrotem usiadł na krześle ten
wcisnął mu się na kolana.
- Ja
tu wciąż jestem, skarbie – zaznaczył, przyciągając go do
pocałunku. Kiedy tylko się od siebie oderwali Aoi powiedział:
-
Wiesz, gdybym za każdą moją głupią odzywkę miał być tak
karany, to jestem za. - Uruha tylko prychnął wymownie, ale wtulił
się w jego tors, a Yuu automatycznie oplótł go ramionami w pasie.
Jakkolwiek nie pasował mi czasem styl bycia Uru, to tworzyli
naprawdę ładną parkę. I z tego co widzę, są szczęśliwi, więc
nie ma o czym mówić.
- To
wy się tutaj pościskajcie, a ja pójdę zatańczyć. - Podniosłem
się z krzesła i ruszyłem na parkiet. Jakimś cudem zdołałem się
przecisnąć do stoiska DJ-a.
-
Cześć Byou, co tam?
-
Jak widać, jakoś ciągnę, chociaż ta muzyka... – Wzdrygnął
się teatralnie. - To jest jakaś masakra. Tylko techno. Przy czym ci
ludzie się bawią?
-
Jak się nie ma co się lubi...
-
...to się lubi co się ma. Tak, pamiętam. Jeszcze gdyby
przychodziło tutaj więcej dziewczyn. Ale przeważają tu faceci.
Faceci, Kazu! Nawet nie ma na co popatrzeć. - Zakończył
płaczliwie.
-
Wiesz, ja tam nie narzekam. - Uśmiechnąłem się do niego i
zacząłem wzrokiem przeczesywać tłum. Zobaczyłem chłopaka, który
chciał się do mnie dosiąść. Na parkiecie jakby odzyskał
śmiałość. Poruszał się lekko i z gracją, czasem wręcz na
granicy prowokacji.
-
Widzę, że upatrzyłeś sobie nasz najnowszy nabytek, co?
Ze
zdziwieniem popatrzyłem na kumpla.
- O
czym ty mówisz?
-
Wlepiasz gały w tego chłopaczka. Dopiero niedawno zaczął się
tutaj pojawiać. Dość szybko się rozkręcił. Tylko skąd
wiedziałeś?
-
Nie wiedziałem – przyznałem szczerze. - Chłopak podszedł do
mnie i spytał, czy jest wolne miejsce. Troszkę biedaczka speszyłem.
- Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. - Wybacz Byou, ale
już wiem, kto będzie mi dzisiaj towarzyszył. - Zeskoczyłem z
podestu dla DJ-a i ruszyłem na parkiet. Starałem się tak
lawirować, żeby znaleźć się jak najbliżej mojego celu. Dosyć
szybko mi się to udało. Chłopak najwidoczniej mnie poznał, bo
rozszerzył lekko oczy, ale nie przestał tańczyć. Naprawdę
prowokował. Pozostaje tylko zapytać, czy świadomie, czy może miał
to wrodzone. Zbliżyłem się jeszcze trochę i stanąłem przed nim.
Uśmiechnął się lekko. Zacząłem tańczyć tuż koło niego, co
chwilę „przypadkiem” ocierając się o chłopaka. Nie wyglądało
no to, że miał coś przeciwko. Po kilku piosenkach chwyciłem go za
rękę i zaciągnąłem do stolika. Skinąłem barmanowi, żeby
przyniósł nam jakieś drinki. Szczerze, nie za bardzo pamiętam o
czym rozmawialiśmy. To były jakieś głupoty o szkole. Po jeszcze
kilku(nastu) drinkach, zalani prawie, że w trupa ruszyliśmy do
wyjścia. Gdzieś w tłumie mignęły mi twarze Aoia i Uruhy, którzy
z lekkim niepokojem patrzyli w moją stronę, jednak nijak nie
zareagowali. Tuż za drzwiami klubu przyparłem chłopaka do ściany
i brutalnie pocałowałem.
*Manabu*
Obudził
mnie głośny trzask drzwi. Poderwałem się na łóżku i lekko
nieprzytomnym wzrokiem popatrzyłem na wyświetlacz komórki. 00:28.
Chwila... Która?! Zaniepokojony zerwałem się z łóżka i
wyjrzałem na korytarz. Jednak sekundę później stwierdziłem, że
wolałbym zostać w łóżku. To, co zobaczyłem, nie należało do
najprzyjemniejszych widoków w moim życiu. Co ja mówię? Z
powodzeniem mogę zaliczyć to do pierwszej piątki najgorszych.
Mianowicie na korytarzu stał półnagi Kazuki i całował się z
jakimś chłopakiem, którego widziałem pierwszy raz na oczy. Obaj
najwidoczniej nie zdawali sobie sprawy z mojej obecności, bo
skończyli na całowaniu. Kiedy Kazu zaczął dobierać się do
spodni swojego towarzysza odzyskałem głos.
-
Kazuki... - zdołałem wyszeptać, bo głos znów odmówił mi
posłuszeństwa. Jednak powiedziałem to na tyle głośno, że obaj
odwrócili się w moją stronę.
-
Manabu... - Po jego głosie stwierdziłem, że jest pijany. -
Przyłączysz się? - Nadal patrząc mi prosto w oczy powoli oblizał
wargi. Mimowolnie wzdrygnąłem się i pokręciłem głową.
-
Jesteś pewny? Będzie fajnie, zobaczysz. - Wyciągnął rękę w
moją stronę i lekko chwiejnym krokiem zbliżał się do mnie. Nadal
kręciłem głową, jednak byłem tak sparaliżowany, sam nie
wiedziałem do końca czym, że nie mogłem się ruszyć. Dopiero
kiedy Kazuki podszedł do mnie i usiłował pocałować na oślep
trzasnąłem go w twarz i uciekłem do sypialni. Zatrzasnąłem
drzwi, opierając się o nie. Słyszałem jęk Kazukiego i jego
przekleństwa.
-
Wróć tutaj, ty mała dziwko. Ty suk... - dalszej części nie
chciałem słyszeć. Bełkotał na tyle niewyraźnie, że słuchawki
zdołały to zagłuszyć. Gorzkie łzy lały mi się po twarzy i
nijak nie mogłem ich zatrzymać. Usilnie starałem się zasnąć,
jednak przeszkadzały mi w tym jęki dochodzące z pokoju obok. Tego
już moja muzyka nie potrafiły wyciszyć. Dopiero koło trzeciej w
nocy udało mi się zasnąć, nadal opartym o drzwi.
*Kazuki*
Obudziłem
się rano z koszmarnym kacem. Co się stało? Nigdy się tak nie
upijałem. Przewróciłem się na drugi bok i kiedy tylko zobaczyłem,
że oprócz mnie w moim kochanym łóżku ktoś jeszcze jest szybko z
niego wyskoczyłem. Chwila... Czemu ja nie mam na sobie ciuchów?
Powoli zaczynałem sobie przypominać wczorajszy wieczór. Co było w
tych drinkach? Nigdy, powtarzam nigdy nie przyprowadziłem nikogo do
domu! I mam mocną głowę...Manabu! Szybko ubrałem chociaż spodnie
i wybiegłem z pokoju. Nacisnąłem klamkę drzwi do sypialni
przyjaciela, jednak nie chciały się dać otworzyć. Jedynie lekko
się uchylił.
-
Manabu, proszę cię. Otwórz, Bu...
Mocniej
popchnąłem drzwi, nadal prosząc chłopaka, żeby otworzył. Nagle
coś głucho uderzyło o podłogę i zdołałem uchylić je na tyle,
żeby wsunąć się do środka. Na ziemi leżał skulony Manabu,
który widocznie musiał zasnąć oparty o ścianę. W ręce zaciskał
swoją MP3-kę. Ukucnąłem koło niego, a wtedy zaczął cicho
mruczeć i otworzył oczy. Kiedy tylko mnie zobaczył momentalnie się
rozbudził i uciekł na drugą stronę pokoju. W tym momencie
wyglądał jak zwierzątko zagonione w pułapkę.
-
Manabu, nie bój się. Ja ci nic nie zrobię, obiecuję. - Z
podniesionymi w górę rękami powoli zbliżałem się do chłopaka.
Ten znów osunął się po ścianie i skulił.
-
Proszę, zostaw mnie. Ja nie chcę... - Zobaczyłem, że po jego
twarzy zaczęły spływać łzy. Nie siląc się już na ostrożność
przyskoczyłem do niego i zamknąłem w mocnym uścisku. Próbował
się wyrywać, ale chyba był zbyt zmęczony, żeby należycie
zareagować. Już tylko trząsł się i cichutko łkał. Kołysałem
go uspokajająco przy okazji omiatając pokój spojrzeniem. 4:52. Tak
wcześnie? No trudno. Zauważyłem, że Bu zaczyna się powoli
uspokajać. Całe szczęście.
*Manabu*
Byłem
zbyt zmęczony, żeby się wyrywać. Dlatego, kiedy Kazuki mnie objął
byłem zdolny tylko cicho łkać i nie miałem siły na nic innego.
Dopiero, kiedy minął pierwszy szok, jakiego doznałem, widząc go u
siebie w pokoju uświadomiłem sobie absurd całej tej sytuacji.
Kazuki, przez którego prawie w ogóle nie spałem. Kazuki, przez
którego nie mam na nic siły. Kazuki, który tak bardzo mnie
przestraszył dziś w nocy. Właśnie on teraz stara się mnie
uspokoić. Gwałtownie wyrwałem się mu i usiadłem na łóżku.
Wydawał się być z lekka zaskoczony moim nagłym ruchem, bo usiadł
na podłodze.
-
Wyjdź stąd. Wiem, że nie mam prawa tego mówić, bo jestem twoim
gościem, ale...
-
Bu, pozwól mi wytłumaczyć. - Podszedł do mnie na kolanach. Wiem,
powiecie, że jestem idiota. Ale mam słabość do tego chłopaka. Co
na to poradzę? I właśnie dlatego tak bardzo zabolała mnie ta
sytuacja w nocy. Byłoby lepiej, gdybym nie wychodził wtedy z
pokoju. Kiwnąłem lekko głową. - Ja nie wiem co się ze mną
stało. Naprawdę, uwierz mi. Nigdy nie przyprowadzam ich do domu.
Nikogo bym tutaj nie wpuścił tylko po to, żeby się z nim
przespać. I wiesz, że się nie upijam, prawda? Ile razy piliśmy
razem i nigdy nie byłem pijany. Ktoś musiał mi czegoś nasypać do
drinka i...i...Bu, tak bardzo przepraszam. Za wszystko. Za to, co o
tobie powiedziałem i... - Wtulił głowę w moje kolana i nadal coś
mamrotał, ale już ledwo co słyszałem. Mogłem tylko wyłapać
powtarzające się słowo „idiota”. Odruchowo przeczesywałem
palcami jego włosy śmiejąc się w duchu. Przed chwilą to mnie
trzeba było pocieszać. No i kto by pomyślał, że Kazuki jest taki
wrażliwy?
-
Kazuki, wstań. - Wciągnąłem go koło mnie na łóżko i
odgarnąłem włosy z czoła. - Zapomnijmy o tym. Tego nie było. To
wszystko nam się śniło. Tylko wywal tego gościa z domu, a
wszystko wróci do normy. - Kiedy skończyłem mówić, Kazu rzucił
mi się na szyję i szepcząc ciche „Dziekuję” wybiegł z
pokoju.
*Kazuki*
Tak!
Manabu mi wybaczył. Dziwię mu się, naprawdę. Zachowałem się jak
skurwiel. Chwila, wróć. Ja jestem skurwielem, ale nigdy przy
Manabu. Poznałem go jako małego, zagubionego chłopca i nie
chciałem go nigdy skrzywdzić. Wpadłem do pokoju i szarpiąc
nocnego gościa za ramię wybudziłem go ze snu.
-
Wstawaj! Ciuchy leżą zapewne gdzieś na podłodze. Ubieraj się i
wynocha! - Zaskoczony skinął głową i zaczął się zbierać.
Chwilę później trzasnęły drzwi wejściowe. Ruszyłem do kuchni
zrobić jakieś śniadanie. Za niedługo trzeba będzie się zbierać
do szkoły. Kilka minut krzątałem się po kuchni, aż przyszedł
Manabu, trąc zaspane oczy. Postawiłem przed nim śniadanie i duży
kubek kawy. Skinął mi głową z wdzięcznością i zabrał się za
jedzenie. Sam ledwo co dzióbnąłem, bo nadal miałem żołądek
ściśnięty z nerwów. Szybko wypiłem kawę i wrzuciłem naczynia
do zmywarki. W tym momencie zadzwonił telefon. Posłałem Bu
przepraszające spojrzenie i odebrałem.
-
Moshi-moshi.
-
Kazu, z tej strony Aoi. Co się wczoraj stało, mały?
-
Nie mam zielonego pojęcia. Ktoś musiał mi czegoś dosypać do
drinków. Wiesz, że nigdy się nie upijam.
- To
raz, każdemu może się zdarzyć. Bardziej zdziwiło mnie to, że
wyszedłeś z tym chłopakiem. Nie powiesz mi chyba, że poszedłeś
z nim do domu?
-...
-
Kazuki!
-
Tak, zabrałem go do domu.
-
Coś ty brał?
-
Wyobraź sobie, że nie wiem!
-
Nie musisz się od razu wydzierać. To do ciebie nie podobne.
-
Tak, bo nie przebywasz ze mną w szkole.
-
Chyba kiedyś muszę zobaczyć jak się odnosisz do innych. A jak
przyjął to twój tymczasowy współokator?
-...
-
Kazuki, chyba nie zrobiłeś nic głupiego?
-
Nie było źle. - Usłyszałem, że Yuu odetchnął z ulgą. - Było
tragicznie.
- Co
zrobiłeś?
-
Nawrzucałem mu i zgnoiłem.
-
Boli?
-
Boli i to cholernie.
-
Może to czegoś cię nauczy. Wpadnę do ciebie wieczorem. Poznam
twojego przyjaciela. Do zobaczenia.
-
Pa.
Schowałem
telefon do torby i czekałem na Manabu. Razem ruszyliśmy do szkoły
w dość krępującej ciszy.
*Manabu*
No
dobrze, może i wybaczyłem Kazukiemu. Ale wybaczyć, nie znaczy
zapomnieć. Cokolwiek bym mu nie powiedział. Widziałem jak co
chwila na mnie zerkał, jednak udawałem, że tego nie zauważam.
Muszę to wszystko przemyśleć. To nie tak, że jestem strasznie
mściwy, tylko... Tak, był pod wpływem alkoholu. Ślepy by
zauważył. Jednak... a tam, teraz muszę się skupić na lekcjach, a
nie na Kazukim. Cóż, nie do końca wyszło mi to tak, jak chciałem.
Lekko struty wracałem do domu. Kazu musiał zostać jeszcze w
szkole. Przekręciłem klucz w zamku i od progu przywitał mnie
smakowity zapach z kuchni. Niemożliwe, żeby chłopak wrócił
wcześniej, więc...
-
Kazuki, to ty, skarbie? - Na korytarz wyszła kobieta, trzymając w
ręce ścierkę. - A, ty pewnie musisz być przyjacielem Kazukiego,
tak? Manabu, jeśli się nie mylę?
-
Tak, proszę pani. Miło panią poznać. Ja... nie spodziewałem się,
że zastanę kogoś w domu i...
-
Ale nic się nie stało. Ktoś dotrzyma mi towarzystwa przy obiedzie.
- Odwróciła się na pięcie i poszła do kuchni. Chcąc, nie chcąc
ruszyłem za nią. - Mojego męża jeszcze nie ma. Musiał odebrać z
lotniska kuzynkę Kazukiego. To przemiła dziewczyna i pomieszka
tutaj przez jakiś czas. Miejsca jest dość, nie musisz się
martwić.
Na
stole w kuchni stało pięknie wyglądające dani. Cud normalnie. Że
też komuś chciało się to robić.
-
Dziękuję bardzo, wygląda przepysznie. - Już bez zbędnych rozmów
zjedliśmy obiad. Kiedy kończyłem sprzątać, a mama Kazukiego
poszła do siebie, ktoś przekręcił zamek w drzwiach.
-
Wchodź moja droga. Czuj się jak u siebie w domu.
-
Dzięki wujku. - Po tym nastąpiła seria trzaśnięć i stuków i w
drzwiach pojawiła się...dziewczyna. Śliczna dziewczyna. Szczupła
blondynka ze słuchawkami na szyi. Ubrana była w luźną bokserkę i
dżinsy. Kiedy mnie zobaczyła stanęła jak wryta.
-
Kazuki? Zmieniłeś się, nie powiem. - Uśmiechnęła się lekko.
Natychmiast
się zreflektowałem i powiedziałem:
-
Emmm... nie, Kazuki jest jeszcze w szkole. Mów mi Manabu. -
Wyciągnąłem rękę w jej stronę, a ona ją uścisnęła.
-
Zardi. - Klapnęła na krzesło naprzeciwko mnie. - Nocujesz tutaj?
Nie wiedziałem, że Kazuki ma chłopaka, nic mi o tym nie mówił
i...
-
Hej, hej, stop! - Zamachałem gwałtownie rękami. - Jaki chłopak?
Jestem jego...
-
...przyjacielem, ty wredna, mała, wścibska czarownico – dokończył
za mnie Kazuki, który nie wiadomo kiedy pojawił się w domu. - Już
wciskasz nos w nieswoje sprawy, prawda?
-
Oj, kuzynie. Nie musisz być taki przykry. Ja wiem, że i tak mnie
kochasz.
Popatrzyłem
się na Kazukiego. Jego kąciki ust lekko drgnęły, a chwilę
później wybuchnął szczerym śmiechem. Przyskoczył do kuzynki i
zamknął ją w mocnym uścisku.
-
Stęskniłem się, Zardi.
- Ja
też, Kazu. A teraz mi powiedz kim jest twój ładny kolega. - Na
słowo „ładny” zarumieniłem się. Kazu uśmiechnął się pod
nosem i powiedział:
-
Ten uroczy chłopak, któremu nie można powiedzieć komplementu,
żeby się nie zarumienił to mój najlepszy przyjaciel. Już od
kilku lat i to niezmiennie. - Posłał w moją stronę lekki uśmiech.
Uspokoiło mnie to trochę.
- To
wy sobie porozmawiajcie, a ja pójdę odrobić lekcje. - Wstałęm od
stołu i skierowałem się do wyjścia.
-
Tylko nie siedź za długo! - zawołał za mną chłopak. - Aoi
przyjdzie wieczorem i chciałby cię poznać.
Skinąłem
głową na potwierdzenie i zamknąłem za sobą drzwi.
*Kazuki*
strasznie
cieszyłem się z przyjazdu Zarki. Rzadko mamy szansę się spotkać,
bo mieszka w Anglii. Jest, oprócz Bu, jedyną osobą wobec której
nie chcę nigdy być wredny. Przynajmniej nie na poważnie. Uwielbiam
się z nią przekomarzać, ale nigdy nie jest to serio. Kiedy tylko
Manabu zniknął za drzwiami pokoju Zardi pociągnęła mnie do
swojego pokoju, który zawsze był przygotowany. Nigdy nie
wiedzieliśmy co wpadnie tej wariatce do głowy i kiedy znów
przyjedzie.
-No
dobrze, a teraz mów, jak doszło do tego, że wielki Kazuki się
zakochał? - Spojrzała na mnie tymi swoimi wielkimi oczami, w
których tańczyły iskierki rozbawienia.
-Ja
co? Czyś ty zwariowała? Widziałaś mnie kiedyś zakochanego?! - Co
za wariatka.
-Do
dnia dzisiejszego nie. Ale jeżeli nie tak wygląda miłość, to ja
nie chcę jej zaznać. Jesteście słodcy. Kiedy zaczęliście ze
sobą kręcić?
-Kobieto,
czy do ciebie nie dociera, co mówię?! My ze sobą nie kręcimy! To
jest mój najlepszy przyjaciel. To mój słodki, uroczy, kochany...
-Ha!
I tutaj cię mam. Słodki? Uroczy? Kochany? Wiesz, o przyjacielu się
tak nie mówi. - Widziałem zadowolony uśmieszek, błąkający się
jej po wargach. Zrezygnowany westchnąłem i opadłem na łóżko,
chowając twarz w dłoniach.
-Ej,
skarbie, nie chciałam. Przepraszam, jeśli coś cię uraziło.
Wiesz, że nie robię tego specjalnie, prawda?
-Wiem,
mała. Ale zrozum, że to, co powiedziałaś, to wszystko prawda.
Tylko jak można być tak głupim, żeby zakochać się we własnym
przyjacielu, powiedz mi?
-Widać
bardzo łatwo. Coś jeszcze ci leży na wątrobie, widzę to. Co
narobiłeś tym razem. - Usiadła naprzeciwko mnie, ze skrzyżowanymi
nogami.
-Tylko
mi nie przerywaj – zaznaczyłem. Skinęła potakująco głową. -
Więc wróciłem dzisiaj do domu w...towarzystwie. Tak, nigdy tego
nie robię. Ale też nigdy się nie upijam. Ktoś musiał mi czegoś
dosypać do drinka. Wiem, głupio zrobiłem, że nie sprawdziłem.
Jednak z drugiej strony, jak? Ale do sedna. Kiedy wróciłem po
północy, musiałem obudzić Bu trzaskając drzwiami. Wyjrzał na
korytarz, a ja... ja składałem mu dość jednoznaczne propozycje. I
wyzwałem od najgorszych i... Zardi, jest mi tak strasznie żal, że
to zrobiłem. Nie dlatego, że w ogóle, ale dlatego, że to był
Manabu. Widziałaś jaki on jest. Chodząca niewinność, a ja... -
Przełknąłem łzy gromadzące mi się w gardle i przytuliłem do
brzucha dziewczyny. Poczułem jej palce, przeczesujące moje włosy.
To było tak podobne do sytuacji z rana.
-O
moje biedactwo. Ale przeprosiłeś go? - Skinąłem głową. - Więc
na pewno wytłumaczyłeś. I zakładam, że ci już wybaczył.
Widziałam go dzisiaj. Nie było nic nienaturalnego podczas naszej
rozmowy.
-Bo
ty tam byłaś. A jesteś niezastąpiona.
-Ej,
Kazuki, Kazuki. Prześpij się troszkę. Obudzę cię, jak przyjdzie
Aoi. Miałeś ciężką noc. - Ułożyła mnie na poduszkach i wyszła
z pokoju. Mówiłem już, że jest niezastąpiona? Tak? To powtórzę
jeszcze raz. Z tą myślą pogrążyłem się w ramionach Morfeusza.
*Manabu*
Nauczyciele
się opamiętali! Coś pięknego. Nie zadali dużo do domu i żadnego
testu w planach. Życie jest piękne. Gdyby tylko... Nie! Nie możesz
tak myśleć! To tylko twój przyjaciel. Nieważne, że facet. Ze
swoją orientacją byłem pogodzony od dawna. Dziewczyny nie zwracały
mojej uwagi. Były zbyt wyzywające i humorzaste. Dopiero Zardi, jako
pierwsza, zdołała coś we mnie ruszyć, ale i tak nie było to
chociaż w niewielkim stopniu tak wyraźne, jak wtedy, kiedy widzę
Kazukiego. Tak, wiem. To chore, ale każdy musi na coś umrzeć,
prawda? Dlaczego nie umrzeć z miłości?
*Kazuki*
Obudziło
mnie lekkie potrząsanie za ramię.
-Mamo,
jeszcze pięć minut – wymamrotałem, przewracając się na drugi
bok.
-Żadne
pięć minut, Kazuki. Zardi kazała mi przekazać, że Aoi przyszedł.
- Kiedy tylko usłyszałem głos Manabu poderwałem się do góry.
-Bu?
Co ty tutaj robisz?
Chłopak
stał na środku pokoju, chyba nie za bardzo wiedząc, co robić.
-
Ja...bo twoja kuzynka kazała mi tutaj przyjść i...
Widząc
zakłopotanie chłopaka momentalnie się rozczuliłem. Wstałem z
łóżka i lekko pogłaskałem go po policzku.
-Wiesz,
nie miałbym nic przeciwko, jeśli to ty budziłbyś mnie codziennie.
- Lekko się uśmiechnąłem i wymijając go, ruszyłem do salonu
zostawiając lekko zdezorientowanego chłopaka samego.
Cóż,
jak w jednym zdaniu opisać widok, jaki zastałem w salonie? Dziwny.
Kochany Aoi siedział rozwalony na jednej kanapie, oplatając Uruhę
ręką w talii. Kouyou opierał się o jego bok i prawie przysypiał.
Dobra, to nie było takie dziwne, ale widok mojej kuzynki wlepiającej
w nich szeroko otwarte oczy i wręcz pożerającej ich samym
spojrzeniem był mega dziwny. Co, jak co, ale nie podejrzewałem
Zardi o takie zainteresowania.
-
Cześć, chłopaki. Jak leci?
Aoi
poderwał się lekko w górę i obrócił w moją stronę.
-Jak
u nas leci? To ty opowiadaj, co... - zamarł na chwilkę, wpatrując
się w coś za moimi plecami. - A więc to jest ten sławetny Manabu,
hę? Kazu, nie mówiłeś, że gościsz takiego seksownego chłopaka
pod dachem.
Odwróciłem
się w stronę mojego gościa. Stał w drzwiach ze spuszczoną głową.
-
Manabu, siądź koło Zardi, jest jeszcze wolne. - Skinął mi głową
i szybko zajął wskazane mu miejsce. Jeden pożytek z jego
zakłopotania. - A ty, Yuu się zachowuj.
-Oj,
no... skąd miałem wiedzieć, że z niego taka cnotka? Już nie
można pochwalić...ała! Skarbie, zrobiłeś się ostatnio strasznie
agresywny, wiesz?
Uruha
posłał w moją stronę szeroki uśmiech i zwrócił się do Aoiego:
- Bo
ty, skarbie, ostatnio często zwracasz uwagę na innych. - Yuu
przewrócił oczami na to stwierdzenie, ale przysunął chłopaka
bliżej. Tym razem Uruha skierował swój wzrok na Bu:
-Przepraszam
za niego. Jest strasznie bezpośredni.
-A
ty perwersyjny – wymamrotałem.
-Co
tam burczysz, Kazuki?
-Nic,
nic, kontynuuj. - Usiadłem na fotelu.
-Wiesz,
Kazuki wiele nam o tobie opowiadał. Czemu mieszkasz u tego gościa,
nie boisz się spać?
-Uruha,
tego za wiele! - Poderwałem się z fotela. - Albo rozmawiacie
normalnie, albo jazda!
-Jeszcze
ci ten alkohol nie przeszedł?
-Jeszcze
nie dość dostałeś po głowie?
-Ał,
nasz kotek się wkurzył. Aoi ratuj, bo mnie zagryzie.
-Skoro
sam nie potrafisz, to Aoi, co?
-To,
że nie pakuję się w każdą bójkę...
-Jaką
każdą bójkę? Kiedy ty mnie widziałeś...
-...nie
znaczy, że jestem słaby, ty...
-...ostatnio
podnoszącego głos, albo rękę na kogokolwiek z...
-...mały,
wredny perwersie!
-Odezwał
się ten święty.
-Wiesz,
ja przynajmniej mam stałego chłopaka.
-A
na co komu stały chłopak?
-Nie
wiem, dla wygody?
-Widzisz,
przynajmniej nie mam...
-...żadnych
zobowiązań? Tak, zapewne. Chodzi tutaj o to, żeby...
-...mieć
stałego gościa do posuwania?
-Ty
sukinsynie. Jeżeli myślisz, że jestem z Aoiem tylko dlatego, że...
-...ci
daje? Tak właśnie myślę!
-To
się grubo mylisz! Jestem z nim, bo go kocham, idioto!
W
tym momencie dostałem w twarz. Kiedy ten kretyn zdążył wstać?
Nawet tego nie zarejestrowałem.
-To,
za obrażanie Yuu! - Splunął mi pod nogi i odwrócił się, łapiąc
swojego chłopaka za rękę. - Wstawaj kotek, wychodzimy.
-Na
razie, miło było was poznać – zawołał jeszcze Aoi przez ramię.
Chwilę później zapanowała cisza.
*Manabu*
Obserwowałem
ich kłótnie przeskakując wzrokiem od jednego, do drugiego. Kiedy
za tamtą dwójką zamknęły się drzwi spojrzałem na Kazukiego.
Chłopak nadal stał w tym samym miejscu.
-Kazu...to
prawda, że nie chcesz nikogo na dłużej? - Tak, pomyślicie, że
jestem egoistyczny, ale na ten moment to właśnie ta kwestia
najbardziej mnie interesowała. Ze względów osobistych, naturalnie.
-Nie,
chciałem mu tylko dogadać. Przepraszam. - Odwrócił się na pięcie
i zniknął w swoim pokoju. Spojrzałem na Zardi, dziewczyna
wzruszyła ramionami.
-To
całkiem normalne u Kazukiego. Lubi dokopać ludziom – powiedziała.
- Obejrzymy coś?
-Pewnie.
- Usadowiłem się na drugiej kanapie i czekałem, aż Zardi wybierze
jakiś film.
*Kazuki*
Tak,
wiem, jestem idiotą. Ale co ja na to poradzę, że mam niewyparzony
język. Mam tylko nadzieję, że Yuu się nie obraził. On nie lubi,
kiedy się tak zachowuję. To wszystko przez Uruhę, ten człowiek
doprowadza mnie do białej gorączki. Tylko co mi przyszło do głowy,
żeby mówić o tych związkach? Jestem idiotą, jednym, wielkim
idiotą.
*Manabu*
Wracałem
do domu, no tymczasowego, z zakupami. Dzisiaj była moja kolej. Aż
dziw bierze, że udało nam się jakoś dogadać. Minęły dwa
tygodnie podczas których było względnie spokojnie. Kazuki wrócił
do łask kolegów i jakoś się wszystko toczył. Aktualnie
mieszkaliśmy we trójkę. Rodzice Kazu znów musieli wyjechać w
delegację. Na kilka dni, ale jednak. Do towarzystwa zostawili nam
Zardi, która nie spieszyła się z powrotem. Chwilowo doczepiła się
do mojej klasy i była wielką sensacją. Szkoda, że nie zrobiłem
zdjęcia tym wszystkim zazdrosnym dziewczyną, kiedy chłopcy
oblegali „nową”. Dobrze, że została. Wprowadzała trochę
życia swoim entuzjazmem i nawet samą obecnością. Pozytywnie
zakręcona osoba. Nagle ktoś złapał mnie za rękę i wciągnął
do ciemnego zaułka. Zostałem przyparty do ściany. Zdezorientowany
popatrzyłem na mojego „oprawcę”. O dziwo, rozpoznałem go. To
był ten sam chłopak, którego wtedy przyprowadził ze sobą Kazuki.
Przycisnął mi rękę do gardła.
-
Słuchaj, sukinsynie – wysyczał, przez zaciśnięte zęby.
Momentalnie mnie zamurowało. O co może mu chodzić? - starałem się
zdobyć Kazukiego od dłuższego czasu. Pff, od jakiegoś pół roku.
I kiedy nareszcie mi się to udało, prochami, bo prochami, ale
szczęściu trzeba pomóc, ty musiałeś wszystko spieprzyć. -
Patrzyłem na niego, nie do końca rozumiejąc o czym do mnie mówi.
- Wiesz, jak się wtedy poczułem? Jak zwyczajna kurwa! Myślisz, że
po co było to całe zgrywanie niewinnego i uroczego, pojawianie się
w klubie? Wszystko dla niego! I nic mi z tego nie przyszło!
Dlaczego? Bo zatrzepotałeś rzęsami i trochę popłakałeś. Kazuki
już leci, jak na pstryknięcie palców. Zobaczysz jeszcze jak to
jest. On nie jest typem, który wchodzi w długotrwałe związki,
rozumiesz? - Nadal stałem jak wryty, zresztą nie sądzę, że
mógłbym wydobyć z gardła jakiś dźwięk, przez rękę, która
nadal była do niego przyciśnięta. Otrzeźwił mnie dopiero piekący
ból na policzku. - Pytałem, czy rozumiesz?! - Pokiwałem
automatycznie głową. - Wiem, że Kazuki i tak potraktuje cie jak
ścierwo, ale... - Rozsunął mi uda kolanem i przycisnął mocniej
do ściany. - ...dlaczego ja nie mam się pobawić? Trzeba rozpakować
mu nową zabawkę. - Przesunął nogę odrobinę wyżej.
Oprzytomniałem dopiero, kiedy zaczął podwijać mi koszulkę.
Odepchnąłem go z całej siły i wybiegłem z zaułka. Słyszałem
za sobą jego krzyki, ale nie rozróżniałem poszczególnych słów.
Czym prędzej dobiegłem do domu, nie zatrzymując się po drodze,
ani na sekundę. Zrzuciłem buty i zatrzasnąłem za sobą drzwi do
mojego pokoju.
*Kazuki*
Siedziałem
na kanapie słuchając trajkotania Zardi o jej ulubionym zespole. Jak
im tam było... O, Dangerous Muse. Czyli jednak jej
słuchałem. Jestem z siebie dumny. Mówię wam, ta to ma gadane.
Może gadać i gadać bez przerwy. W pewnym momencie usłyszałem
trzask drzwi, szelest reklamówek i przed naszymi oczami przebiegł
Manabu, przyciskając rękę do twarzy. Odruchowo poderwałem się z
kanapy. Ponownie trzasnął drzwiami, tym razem do swojego pokoju.
Sekundę później usłyszeliśmy zduszony szloch. Zaniepokojony,
spojrzałem na kuzynkę.
-Idź
do niego. - Popchnęła mnie lekko w stronę drzwi.
-Manabu,
wszystko w porządku? - Z pokoju dobiegł tylko kolejny szloch, a
poza tym nic. Popatrzyłem w stronę Zardi. Ta popukała się w
czoło, wskazała na mnie i na migi pokazała mi, żebym wszedł.
Uchyliłem drzwi i wślizgnąłem się do środka. Manabu leżał
skulony na łóżku i, nie koloryzując, wyglądał jak kupka
nieszczęść. Serce mi się krajało na ten widok. Niech tylko się
dowiem, kto go skrzywdził. Powoli do niego podszedłem i usiadłem
obok. Bu skulił się jeszcze bardziej i lekko odsunął. Nadal
szlochał. Pochyliłem się nad nim i ostroznie objąłem. Chłopak
spiął się, ale nie odsunął, co uznałem za dobry znak. Położyłem
się naprzeciwko i, nadal go obejmując, odgarnąłem mu włosy z
twarzy. Myślałem, że to chociaż trochę pomoże, ale nic z tego.
Na jego twarzy nie zagościł nawet najmniejszy uśmiech. Widziałem,
że oczy mu się szkliły, ale usilnie powstrzymywał się od płaczu.
-Mam
zawołać Zardi? - spytałem. Pokręcił szybko głową. Szczerze
mówiąc – ulżyło mi. - Wypłacz się, jeśli chcesz. -
Przysunąłem się bliżej i pocałowałem go w czoło.
*Manabu*
-
Mam zawołać Zardi? - Na samo to stwierdzenie się przestraszyłem.
No jeszcze tego mi brakowało, żeby dziewczyna widziała mnie w
takim stanie. Szybko pokręciłem głową. - Wypłacz się, jeśli
chcesz. - Kazuki przysunął się do mnie i pocałował w czoło. Na
ten czuły gest wtuliłem się w niego jeszcze bardziej i chwyciłem
za koszulkę. Chłopak delikatnie głaskał mnie po głowie. Chociaż
postanowiłem, że nie będę płakał – zrobiłem to. To
było...Czym ja tam komuś w górze zawiniłem?
-Ciii,
będzie dobrze. Opowiedz mi, co się stało. - Kazuki lekko pociągnął
mi głowę go góry, zmuszając do spojrzenia mu w oczy. Więc
opowiedziałem. O całym upokorzeniu, o tym, że nie mogłem się
ruszyć, bo byłem zbyt przerażony, o wszystkim, co powiedział
tamten chłopak. Słowa wylewały się ze mnie i wraz z nimi trochę
opuszczało mnie całe zdenerwowanie. Kiedy skończyłem z oczu znów
popłynęły mi łzy. Nie chciałem, żeby Kazu je widział, więc
ponownie wtuliłem się w jego koszulkę.
-Hej,
nie płacz. Teraz będzie dobrze, znajdę go. Już nikt cię nie
skrzywdzi. - Te słowa podniosły mnie na duchu. Popatrzyłem na
niego oczami nadal mokrymi od płaczu. Kazuki pochylił się nade mną
i powoli scałował łzy z moich policzków i kącików oczu. Lekkimi
pocałunkami zbadał całą moją twarz. Kiedy doszedł do ust,
popatrzył na mnie, szukając w moich oczach pozwolenia. Widać je
znalazł, bo przyciągnął mnie do pocałunku. To było o niebo
lepsze, niż moje wyobrażenia. Kazuki smakował miodem, cynamonem i
czymś, czego do końca nie potrafiłem zidentyfikować. Dobrze, że
akurat leżałem, bo zakładam, że taka mieszanka skutecznie
zwaliłaby mnie z nóg. Wplotłem rękę w jego włosy i
przyciągnąłem go bliżej. Rozchyliłem usta, z czego on chętnie
skorzystał. Lekko przejechał językiem po moich wargach, a potem
zębach. Mimowolnie jęknąłem, na co Kazuki przewrócił mnie na
plecy i zjechał pocałunkami na moją szyję. Oddychałem szybki,
zresztą on też. Po chwili jednak znów przyciągnął mnie do
siebie, głaszcząc moją szyję. Mruczał przy tym, jak mały
kociak. W tej chwili otworzyły się drzwi.
-Wszystko
w porządku z... - Równocześnie popatrzyliśmy na stojącą w
drzwiach dziewczynę. - O, dosyć dobrze się skończyło, prawda?
Awww, to jest takie słooodkie. - Wskoczyła na łóżko i popatrzyła
na nas roziskrzonymi oczami. - Więc jednak doszliście do tego, że
coś do siebie czujecie? - Popatrzyłem na nią z lekka ogłupiały.
Sądzę, że w większości była to wina pocałunku, niż słów
dziewczyny.
-O
czym ty mówisz, Zardi? - zapytałem.
-Ty
nadal nic nie wiesz? Ojej, faceci. - Westchnęła ciężko. - To ja
nic nie powiem. Idę na spacer, miłej zabawy. - Pomachała nam
jeszcze ręką i wyszła, zamykając drzwi.
*Kazuki*
Zabiję
tą małą sabotażystkę. Nieświadomą, bo nieświadomą, ale nadal
sabotażystkę. A miało być tak pięknie. Chociaż nadal może.
-Kazu,
o czym ona mówiła? - Odwróciłem się do przyjaciela, który
patrzył na mnie wyczekująco.
-O
tym, że...że... no, ten... - Nigdy, przenigdy nie byłem dobry w
wyznawaniu uczuć. Widziałem lekki uśmiech Bu, więc zapewne
domyślił się, co chce powiedzieć, ale czekał cierpliwie.
Pogładziłem go po policzku i znów lekko pocałowałem. -
Ja...Kocham cię, Bu.
Chłopak
rzucił mi się na szyję i lekko łamiącym się głosem wyszeptał:
-Ja
ciebie też, Kazuki. - Pocałował mnie, a kiedy oderwaliśmy się od
siebie, żeby zaczerpnąć oddech powiedział:
-Nawet
nie wiesz, jak długo na to czekałem. - Chwila, to on też? To był
dla mnie istny szok. Manabu, Mój Manabu, przy którym musiałem się
powstrzymywać, żeby nie rzucić się na tego uroczego, słodkiego
Bu wcześniej coś do mnie czuł?
-Ty
też? - Dobra, banalne, bo banalne, ale nic innego w tym momencie nie
przyszło mi do głowy. Byłem w zbyt dużym szoku. Manabu popatrzył
na mnie zdumiony.
-Chyba
nie chcesz powiedzieć mi, że...
-Nieważne
co chcę powiedzieć. Od dzisiaj jesteś mój i nic tego nie zmieni.
Ani nikt. Kocham cię.
*Manabu*
Jeśli
w tamtej chwili szukalibyście najszczęśliwszego człowieka na
ziemi, to zgłaszam się na ochotnika. Naprawdę myślałem, że nie
mam szans u Kazukiego. Jednak ktoś musi mnie lubić, mimo mojego
pokręconego życia. Ale, co było, zostaje za nami, a teraz mam Kazu
i nic więcej do szczęścia mi nie potrzeba. Miłość to jednak
piękna rzecz.
-Bu,
wstawaj, trzeba iść do szkoły. - Nade mną pochylał się Kazuki i
lekko mnie pocałował. Odruchowo przyciągnąłem go bliżej i
pociągnąłem na łóżko. Chłopak zamruczał słodko i z ochotą
oddał pocałunek. Jak zawsze, każde jego muśnięcie warg było
słodkie i delikatne. Coraz bardziej zatracałem się w pocałunku i
zacząłem poważnie zastanawiać nad opuszczeniem dnia w szkole,
kiedy:
-Skarby
wy moje, jeżeli znów się liżecie, muszę zaprotestować. Wejdę
za raz...dwa... - poderwałem się z łóżka, jeszcze raz delikatnie
muskając usta mojego chłopaka i wybiegłem za drzwi w chwili, kiedy
Zardi powiedziała – trzy!
KONIEC
Od
autorki (i wena)
A:
Więc tak, ja wiem, ze w wielu momentach, to nie jest logiczne i
wybitnie poukładane...
W:
Pfff... też coś *foch*
A:
Chcesz coś dodać?
W: A
żebyś wiedziała. Nieskładne, też mi coś. To ja się tutaj męczę
i...
A:
Siedzę u kochanka.
W: U
żadnego kochanka, byłem tutaj cały czas!
A:
Przez ostatnie kilka dni.
W:
Ale to zawsze coś, prawda? Napisałaś? Napisałaś.
A:
Tak, napisałam, ale nie odpowiadam za ewentualne uszczerbki na
zdrowiu. Wszelkie skargi wysyłać na adres mojego drogiego wena.
W: O
właśnie...Czekaj. Co?!
A:
*śmiech*
W: I
jak ja mam z nią niby pracować? *załamany*
A:
Jakoś dajesz radę. *klepie po ramieniu*
W: Z
ledwością!
A:
Wen to kapryśny przyjaciel. *wzdycha*
W: I
kochanek.
A:
*trzepie go w głowę* Do zobaczenia następnym razem!