-No, Draco. Ileż można
sprowadzać więźniów do lochów? - warknęła Bellatrix.
-Przepraszam –
wymamrotał, ze spuszczoną głową i stanął obok kominka. Co go
podkusiło, żeby pocałować Pottera? Totalny idiotyzm. To pewnie,
przez te ostatnie sny, których, swoją drogą, także nie powinien
mieć. To na pewno przez te całe hormony. Przecież nie mógł czuć
czegoś do Pottera. Z drugiej strony sam nie wiedział, czego się
spodziewał po tym pocałunku. Że Harry rzuci mu się na szyję?
Uratuje z tego piekła? Przecież to Harry-Pieprzony-Potter i on
nigdy by mu nie pomógł. No chyba, że pod Imperiusem. A nie...
chwila, na Wybrańca to i tak nie działa. A jednak czuł pewien
niedosyt. Z przerażeniem uświadomił sobie, że chce...więcej.
Tylko niby jak ma to zorganizować? Niewiele myśląc ruszył z
powrotem w stronę lochów.
-A ty gdzie się
wybierasz? - Usłyszał głos ciotki.
-A już po własnym domu
nie można się poruszać? - wysyczał przez zęby. - Nie jesteś u
siebie, Bella. - Odwrócił się na pięcie, zostawiając zszokowaną
ciotkę w salonie. Zakładał, że rodzice byli nie mniej zaskoczeni.
Kiedy stanął przed
drzwiami do lochów, chwilę się zawahał, ale zaraz je otworzył.
-Potter, chodź ze mną!
- rozkazał.
Zauważył, że Potter
wygląda na zdumionego, ale w tych zielonych oczach cień uśmiechu.
Chłopak poniósł się z ziemi i Draco wyciągnął go za rękę,
zatrzaskując drzwi za nimi. Popchnął Harry'ego na ścianę.
-Wiesz Malfoy, to już
się robi nudne. Ciągle tylko... - jednak Draco nie dał mu
skończyć. Przyciągnął go do siebie i zachłannie pocałował.
Mimowolnie jęknął, kiedy poczuł miękkie wargi Gryfona pod
swoimi. Wplótł rękę w jego włosy i przejechał językiem po jego
wargach. Potter wreszcie się ocknął i z chęcią oddał pocałunek.
Draco poczuł palce chłopaka pieszczące jego kark i bawiące się
włosami. To było brutalne i lekko chaotyczne. Zdał sobie sprawę z
tego, że chciał już tego od dawna. I kiedy wreszcie to dostał,
nie mógł przestać. W końcu odsunęli się od siebie, żeby
zaczerpnąć oddechu, jednak nadal stali blisko, tykając się
czołami. Obaj oddychali ciężko, ale Draco widział ciepły uśmiech
błąkający się na wargach Gryfona.
* * *
Harry patrzył z
ciekawością na Malfoya. „Dobrze całuje” pomyślał zanim
Ślizgon nie osunął się na kolana i nie ukrył twarzy w dłoniach.
-Kurwa – dobiegło uszu
Harry'ego.
Ukucnął obok chłopaka
i położył mu rękę na ramieniu.
-Draco, wszystko w
porządku? - No chyba nie zrobił nic źle. W końcu to nie on
zaczął. Draco podniósł głowę i spojrzał mu w oczy.
-Tak, tylko... nie
sądzisz, że to trochę dziwne? - No tego się nie spodziewał. W
sensie, że Ślizgon, który najpierw robi, a potem myśli. Dziwne,
też coś. Prychnął lekko.
-Nie, nie sądzę. Tak po
prawdzie, to myślę, że tak miało być już dawno – powiedział,
chwytając twarz Draco w dłonie i całując go. Chłopak nie był mu
dłużny. Jednak to było zupełnie inne od poprzedniego pocałunku.
Ten był krótki, delikatny i...słodki. Tak przynajmniej Harry go
zapamiętał.
-Dlaczego służysz
Voldemortowi? - spytał go, bawiąc się jego palcami. Starał się
złapać jego wzrok, ale Ślizgon nie chciał spojrzeć mu w oczy,
kiedy odpowiadał.
-Bo on ich zabije. Zabije
moich rodziców za to, że ja zdezerterowałem. Wiem co myślisz o
moim ojcu. Może i jest ślepo zapatrzony w wizję Czarnego Pana, ale
go kocham, mimo wszystko. - Harry uważnie przypatrzył się twarzy
chłopaka. Draco nie kłamał. Widział szczerą troskę i niepokój
wymalowaną na jego twarzy i aż bijącą z oczu. Zapewne na jego
miejscu postąpiłby tak samo. Delikatnie pogładził kciukiem
policzek Draco.
-Ucieknij z nami. Nie
wiem jeszcze jak, ale coś wymyślę. To się może udać.
Upozorujemy porwanie. Będziesz wolny, a on zapewne nic im nie zrobi.
-Przecież reszta się
nie zgodzi – w głosie chłopaka pobrzmiewała wątpliwość.
-A kto powiedział, że
będą wiedzieli, o co dokładnie chodzi? - odparł Gryfon z lekkim
błyskiem w oku i złośliwym uśmieszkiem.
-I dlaczego ty nie jesteś
w Slytherinie?
Harry tylko uśmiechnął
się i pomógł raco się podnieść.
-To teraz mnie tam
wepchnij i idź po Hermionę i różdżki. Powinienem coś do tego
czasu wymyślić.
* * *
-Trzymaj te łapy przy
sobie Malfoy! – usłyszeli wrzask Harry'ego.
-Bo co, Potter? Masz z
tym jakiś problem?
-Tak, bo dotykają mnie
te twoje arystokratyczne łapska!
-Wiesz, niektórzy wręcz
jęczeli, kiedy je czuli.
-Zboczeniec... - Po tych
słowach wylądował z cichym jękiem i usłyszał trzask zamykanych
drzwi.
-Harry, nic ci się nie
stało? - Usłyszał.
-Nie, jestem cały i
zdrowy. Zapalcie światło. - Coś pstryknęło i pod sufitem
pojawiły się kule białego światła.
-Czego chciał od ciebie
Malfoy?!
-Spokojnie, Ron. On tylko
narzekał na Chłopca-Który-Przeżył. Jakby nie miał nic
ciekawszego do roboty. Ale mam plan, jak nas stąd wyciągnąć. -
Wszyscy pochylili się nad Harrym. Chłopak z konsternacją popatrzył
na starca, który uklęknął przy nim. - Pan Olivander?
-Tak, mój chłopcze.
Liczę na to, że nas stąd uwolnisz.
-Do tego zmierzam. - Z
kieszeni wyciągnął kawałek lusterka od Syriusza. Wiedział, że w
wakacje nie wydawało mu się, że ktoś na niego patrzy. Pozostaje
mieć tylko nadzieję, że to zadziała. - Pomóż nam, proszę. -
Odłożył przedmiot na ziemię i zwrócił się do pozostałych. -
Plan jest taki. Mam nadzieję, że Malfoy znów tutaj przyjdzie.
Wtedy weźmiemy go, jako zakładnika. Przy takim obrocie sprawy
Lucjusz nie powinien nam nic zrobić. Aczkolwiek nie ręczę za
Voldemorta. Uciekniemy stąd i gdzieś dobrze ukryjemy, przynajmniej
na kilka dni.
Kiedy tylko skończył
mówić w lochu rozległo się ciche pyknięcie i pojawił się
Skrzat Domowy.
-Zgredek? - spytał
zdziwiony Potter.
-Pan wzywał Zgredka. -
zapiszczał Skrzat.
-Ja cię wcale nie... A
zresztą nieważne, przynajmniej na ten moment. Dasz radę zabrać
stąd cztery osoby?
-Oczywiście, Harry
Potter sir.
-Więc zabierz tąd Lunę,
pana Olivandera, Deana i Gryfka do...
-Domu Billa i Fleur
„Muszelka” - wtrącił Ron.
-Tak, poradzisz sobie?
-Oczywiście. Zgredek
zaraz będzie z powrotem.
Pyknęło i w
pomieszczeniu została tylko dwójka Gryfonów.
* * *
Draco wpadł do salonu i
zgarnął leżące na stoliku różdżki.
-Ciociu, nie chcesz dla
odmiany pomęczyć zdrajcy krwi? - zapytał ostrożnie. Przy tej
wariatce człowiek nigdy nie wiedział kiedy wybuchnie.
Bellatrix podniosła
głowę znad swojej ofiary.
-Draco, to jest wspaniały
pomysł. Ona już przestałą krzyczeć. - Spojrzała na dziewczynę,
jak na zepsutą zabawkę. Podniosła Hermionę i rzuciła jak
szmacianą lalkę w stronę Draco. Chłopak odruchowo ją złapał. –
Ładny refleks – zadrwiła Bellatrix. On tylko skinął głową i
ruszył w stronę lochów. Żeby tylko Potter miał jakiś plan.
* * *
-Ron, jest tutaj coś
ostrego? - spytał Harry. Rudzielec podał mu ostry, zardzewiały
gwóźdź.
-To się nada?
-Idealnie, a teraz wstań
i ustaw się obok drzwi.
-Zgasić światło?
-Nie trzeba, możesz
zostawić.
Na schodach rozległy się
ciche kroki.
-Odsunąć się od drzwi!
- zawołał Draco.
-Harry Potter, sir. -
rozległ się równocześnie głos Zgredka.
-Zgredku, teraz schowaj
się i siedź cicho.
* * *
Draco otworzył drzwi do
lochu i wszedł do środka, niosąc Hermionę na rękach. W tym samym
momencie poczuł coś ostrego na krtani i usłyszał szept:
-Nie próbuj walczyć
Malfoy, bo wykrwawisz się tutaj w samotności.
Ron delikatnie wziął
dziewczynę z rąk Malfoya.
-Harry, co ty, na
Merlina, wyprawiasz? - wyszeptał do ucha chłopaka.
-Ratuję ci tyłek, Draco
– odszepnął, a już głośniej dodał – Zgredku, proszę cię,
zabierz stąd Rona i Hermionę. Tylko proszę, wróć szybko.
Skrzat zasalutował i już
go nie było.
-Draco, wyciągnij rękę
– poprosił Harry. Chłopak bezzwłocznie wykonał prośbę. -
Przepraszam.
-Ale za co? - Nie
zrozumiał Ślizgon.
-Za to – odparł i
przejechał gwoździem po jego nadgarstku, rozcinając go. Draco
lekko syknął.
-Nie mamy dużo czasu.
Wykap trochę na podłogę – instruował, a sam wyrył na podłodze
„Z pozdrowieniami dla Voldemorta”
-Harry Potter, sir.
-Już Zgredku. -
Przyciągnął do siebie młodszego Malfoya i chwycił Skrzata.
* * *
Chwilę później
wylądowali nad morzem.
-Zgredku, jesteś wielki.
-Zawsze do usług. -
Skrzat ukłonił się, zamiatając uszami ziemię i zniknął.
Harry rozejrzał się
dookoła. Znajdowali się na półwyspie. Wokół roztaczało się
czyste morze, a niedaleko stał mały domek. Gryfon obrócił się w
stronę swojego towarzysza z szerokim uśmiechem na twarzy i
zobaczył...wycelowaną w siebie różdżkę. Popatrzył z
przestrachem na chłopaka.
-Ja myślałem, że ty
naprawdę chcesz się stamtąd wyrwać, serio, i...
Ku jego ogromnemu
zaskoczeniu Draco zaczął się śmiać. Po raz pierwszy widział
szczerze śmiejącego się Ślizgona.
-Co?
-Żałuj, że nie
widziałeś swojej miny... - wykrztusił Draco, kiedy skończył się
śmiać. Harry nadal patrzył na niego, nie do końca wiedząc co się
właśnie dzieje. - To jest twoja różdżka, Gryfiaku. - Podał mu
jego własność. - A te są Wiewióra i Granger. - Rzucił mu
kolejne dwie.
Harry spojrzał na niego
z wdzięcznością.
-Dzieki – powiedział,
spontanicznie przytulając Ślizgona. - Nie sądziłem, że uda ci
się je odzyskać.
-Trochę wiary.
-Dobrze, dobrze. –
Popatrzył na prawe ramię Draco. - Podaj mi rękę.
-Żebyś znów mnie ciął?
-Nie, chcę to wyleczyć.
- Chwycił jego rękę i przesuwając różdżką po ranie,
wymamrotał:
-Renervete. - Rana
zaczęła się zasklepiać, aż została po niej tylko ledwo widoczna
blizna.
-Dziękuję.
-Draco, ty podziękowałeś?
- Harry spojrzał zdziwiony na chłopaka, który dumnie uniósł
głowę.
-Wielu rzeczy jeszcze o
mnie nie wiesz, Po...Harry.
Harry zauważył
zbliżającą się do nich Fleur.
-'Arry! - Zawołała,
zamykając go w uścisku i całując kilka razy w policzki. -
Dlaczego stoicie na zewnątrz. Wy powinni wejść do środka.
-Już idziemy, Fleur.
-A kim jest twój
przyjaciel?
Harry popatrzył na
chłopaka. Czy mógł go już nazwać przyjacielem? Chłopakiem? Ten
dzień jest mega dziwny, Merlinie!
-To Draco Malfoy.
-Witam – ukłonił się
lekko, całując wierzch ręki kobiety. Ta posłała mu piękny
uśmiech, na widok którego wielu zemdlałoby na miejscu. Jednak nie
Draco.
-Zapraszam do środka.
Weszła za drzwi, nie
patrząc, czy faktycznie jej posłuchali.
-Czy ona nie brała
udziału w Turnieju Trójmagicznym?
-Tak – odparł Harry. -
A teraz spróbuj się nie ślinić na jej widok i idziemy.
-Czyżbyś był
zazdrosny? - Potter zauważył na twarzy Malfoya złośliwy
uśmieszek.
-Chciałbyś – żachnął
się.
-Spokojna głowa, Harry.
Kobiety na mnie nie działają.
Harry momentalnie się
odprężył. Godryku, co się z nim działo? Dlaczego ten Ślizgon
tak na niego działa?
-Oddaj różdżkę –
wyciągnął rękę w stronę blondyna. Ślizgon oddał ją z lekkim
ociąganiem i ruszyli w stronę wejścia.