Harry obudził się zlany potem. Rozejrzał się wokół, żeby z
ulgą przekonać się o tym, że nadal znajduje się w ich namiocie.
O dziwo, tym razem nie była to wina Voldemorta. Tylko dlaczego, na
Merlina śnił mu się Malfoy?!
* * *
-Potter – warknął
Draco, kiedy się obudził. Myślał, że jeśli go nie widzi to
wreszcie się od niego uwolni. Widać los go nienawidził.
Zrezygnowany opadł z powrotem na poduszki i usiłował zasnąć.
*Trzy miesiące
później*
-Idźcie po Dracona –
usłyszał głos ciotki. Tak jakby nie wystarczyło zawołać.
Zresztą, jej wrzaski słychać w całym Malfoy Manor. Westchnął i
podniósł się z kanapy. Wolnym krokiem wyszedł za drzwi i
skierował się w stronę salonu. Jednak to, co tam zastał z lekka
przekraczało jego zdolności pojmowania. Granger z Weasley'em i
jednym Gryfonem(jak mu tam było?) stoli, oczywiście związani, obok
kominka. Zawsze wiedział, że są idiotami, ale żeby dać się
złapać? Ale to jeszcze było nic. Tuż u ich nóg siedział goblin.
GOBLIN! No skąd goblin w...Nawet nie chciał pytać. Jednak to nie
było wszystko. Kiedy skierował swój wzrok na ciotkę zobaczył, że
trzyma za włosy jakiegoś chłopaka i odchyla jego głowę do tyłu.
-Draco, podejdź tutaj! -
rozkazała. - Przyjrzyj się mu uważnie i powiedz, czy to jest
Potter.
Nie no, ona do reszty
zgłupiała. Przecież Wybraniec nie byłby na tyle głupi, żeby dać
się złapać. Prawda? Jednak podszedł bliżej. Spróbowałby nie
posłuchać, a już zwijałby się z bólu pod wpływem Cruciatusa, a
kochany ojczulek, ani palcem by nie kiwnął. Chociaż drugi chłopak
cały czas odwracał wzrok Malfoy zdążył przez sekundę zajrzeć
mu w oczy. Mimo całej zapuchniętej twarzy, tych wściekle zielonych
oczu kolory Avady nie można pomylić z innymi. Sam wiedział o tym
najlepiej. A poza tym tak potarganych, czarnych włosów nie miał
nikt, kogo by znał.
-Nie jestem pewny –
powiedział z wahaniem. - Co mu się stało w twarz?
-To pewnie zaklęcie
żądlące. No już, przyjrzyj mu się dokładnie! Nie możemy wezwać
Czarnego Pana dopóki nie będziemy w stu procentach pewni, że to
on. Spójrz na jego czoło!
Draco już wcześniej to
zauważył. Lekko zniekształcona, ale jednak tam była – blizna w
kształcie błyskawicy.
-Nic nie widzę –
wymamrotał.
Harry wreszcie podniósł
oczy na dłużej, niż pół sekundy.
* * *
Nie wierzył w to, co
właśnie usłyszał. Przecież Malfoy musiał to widzieć. Nie było
mowy o tym, żeby go nie rozpoznał. Z zaskoczenia zapomniał o tym,
żeby nie patrzeć Malfoyowi w oczy. I to był błąd. Nie do końca
zadawał sobie sprawę z czego to wynikało, ale Ślizgon wpatrywał
się w niego z mieszaniną przerażenia i fascynacji. Harry
momentalnie przypomniał sobie swoje ostatnie sny i spuścił głowę.
Już i tak stanowczo za długo patrzył w te stalowoszare tęczówki.
A chłopak, o dziwo, nie odwrócił wzroku.
-Draco, zaprowadź ich na
dół. Dziewczynę zostaw. Ja się nią zajmę. - W oczach Bellatrix
można było zauważyć czyste szaleństwo. Lekko popychany przez
Malfoya dotarł do drzwi prowadzących do lochów. Tuż przed nimi
stało się coś, czego nigdy w życiu by się nie spodziewał. Draco
(Czemu tak o nim pomyślał?!) odwiązał go od reszty i zostawił
przed wejściem, wprowadzając resztę do środka. Krzyki dobiegające
z góry sprawiły, że przeszyły go dreszcze. Zza zamkniętych drzwi
rozległy się krzyki Rona. Harry popatrzył w górę ginących w
mroku schodów. Miał wielką ochotę pobiec tam, ale zdawał sobie
sprawę z tego, że w tych więzach byłby bezsilny. Do tego zabrali
mu różdżkę. Drzwi za jego plecami otworzyły się.
* * *
Draco, po odprowadzeniu
więźniów skierował się z powrotem do wyjścia. Ciągłe zadawał
sobie pytanie po co zostawił Harry'ego przed drzwiami. To był
impuls, a teraz musi z tego jakoś wybrnąć.
-Potter – wycedził
przez zęby.
-O, nagle mnie poznałeś?
- Patrzył mu butnie w oczy. - Co chciałeś osiągnąć, ratując
mnie? Co ci, do diabła, odstrzeliło?!
-Taka wdzięczność
ludzka... - Zawsze miał skłonności melodramatyczne i to
wykorzystał. - Ratujesz takiemu życie...
-Dałeś mi co najwyżej
kilka minut.
-...i chcesz mu pomóc...
-Jasne, już ci wierzę.
-...i tak ci się
odwdzięcza.
-Dobra, koniec gry. Jaki
miałeś w tym interes, Malfoy?
Popatrzył ze zdziwieniem
na chłopaka.
-Interes?
-No proszę cię. Przez
sześć lat gnębiłeś mnie i moich przyjaciół w szkole. Nie
przepuszczałeś żadnej okazji, żeby mi dopiec. I teraz myślisz,
że...
-Potter – warknął –
czy ty zawsze musisz wszystko utrudniać? - Już wiedział po co
zostawił tutaj Gryfona. Chociaż zrobił to intuicyjnie.
-Ja utrudniam?
-Tak, ty. Nigdy ci się
twarz nie zamyka. Wielki Wybraniec. Niech wszyscy słuchają
Harry'ego Pottera, Złotego Chłopca Gryffindoru, Baranka Jasnej
Strony i Orędownika Światła. Pieprzenia. Już po pierwszej klasie
błyszczałeś. I tylko czyhałeś, żeby mnie na czymś przyłapać.
I to ja mam interes żeby cię wypuścić? Prosssssz. A poza tym, kto
powiedział, że cie wypuszczam?
-To po cholerę mnie
tutaj trzymasz? Żebym słuchał twoich żalów, że byłem sławny w
szkole? Wierz mi, że wolałbym prowadzić normalne, uczniowskie
życie, niż co roku nadstawiać karku za potężniejszych ode mnie
czarodziejów. Myślisz, że to wszystko mi odpowiadało?
* * *
-Przeszłości i
przeznaczenia nie zmienisz.
Harry oniemiał,
wpatrując się w Malfoya w osłupieniu.
-Co jest Potter?
-Nic, poraziło mnie to,
jakie mądre zdanie powstało w twojej tępej głowie.
Po wyrazie oczu Ślizgona
Harry wiedział, że przesadził. Chłopak przygwoździł go do
ściany, przyłożył różdżkę do gardła i przez zaciśnięte
zęby wycedził:
-Daj mi tylko pretekst...
-I co zrobisz? - Wyraźnie
czuł koniec różdżki na swojej krtani. - Kochana cioteczka
nauczyła cię paru zaklęć?
Tak, na stanowczo za dużo
sobie pozwolił.
* * *
Dla Dracona tego było za
wiele.
-Cruc... - Przerwał
zaklęcie w połowie. Zapomniał o najważniejszej zasadzie, jakiej
nauczyła go matka. Nigdy nie patrz ofierze w oczy. Właśnie ją
złamał i odczuł tego skutki. Kiedy spojrzał w oczy Pottera
zobaczył w nich taki sam strach i ból, jaki czuł, kiedy Czarny Pan
go torturował. Upuścił różdżkę na podłogę i oparł się
czołem o ścianę. Nie obchodziło go, że to znów Potter widzi go
w jednym z jego rzadkich momentów słabości. Nie rejestrował
nawet, co Złoty Chłopiec do niego mówi. Przed przymkniętymi
powiekami migały mu obrazy z ostatniego półtora roku. Naszyjnik,
Pokój Życzeń, Harry, błyszczące czerwienią oczy Voldemorta,
Harry, ciało, Dumbledora, Harry, powrót do szkoły, Harry, Harry,
Harry Potter, przeklęty Potter, który nie chce wyjść z jego
myśli. Dręczy go jego obraz, a może jego brak...
-DRACO!
Chłopak odepchnął się
od ściany i stanął prosto. Z lekką konsternacją zauważył, że
Harry stoi przed nim...rozwiązany.
-Wszystko w porządku? -
zapytał Gryfon, kładąc mu rękę na ramieniu.
-Tak – Odepchnął ją.
- czemu miałoby nie być?
-Hmmm, pomyślmy.
Mamrotałeś coś o jakimś naszyjniku, Dumbledorze – Przy tym
imieniu po jego twarzy przebiegł ledwo dostrzegalny cień. - i o
mnie.
-Ja, ja to mówiłem na
głos?! - zawołał, lekko przerażony.
-No, tak.
-Na Merlina – jęknął.
-Serio jestem przeklęty?
* * *
Harry zauważył nikły
cień na twarzy Draco.
-Nie wiem. Ja już nic
nie wiem!
-Nie powinieneś wracać?
Zaczną się o ciebie martwić.
Draco roześmiał się
sztucznie.
-Martwić? O mnie? Ty nic
nie rozumiesz. Po co ja cię tutaj w ogóle przyprowadziłem?
-Może potrzebowałeś
się komuś wygadać.
-Pieprz się, Potter.
-Kiedy tylko chcesz,
Draco.
-Co?! Gwałtownie
odwrócił się w stronę Harry'ego.
-Nic, chciałem
rozładować sytuację. Ochłoń trochę.
-Ty powiedziałeś do
mnie po imieniu?
Harry popatrzył ze
zdziwieniem na Ślizgona.
-Nie pierwszy raz
dzisiaj. Tylko wcześniej nie słuchałeś. - Nagle roześmiał się.
-I co cię tak bawi?
Jeżeli się nie mylę, to w najlepszej sytuacji nie jesteś.
-To, że... - wykrztusił.
- nie zwróciłeś uwagi na pierwszą część zdania.
-Pierwszą część...
Harry zauważył, że do
Malfoya dotarło to, co wcześniej powiedział. Popatrzył na niego z
dziwnym wyrazem twarzy. Harry odruchowo zasłonił się rękami.
-Tylko czymś we mnie nie
miotnij.
-Nie mówiłeś serio,
nie?
-Oczywiście, że nie.
Chciałem tylko rozładować napięcie. Myślałeś, że ja to...
Popatrzył na twarz
Draco, która chyba po raz pierwszy nie wyrażała nienawiści i
pogardy, a żal i...tęsknotę?
-Nieważne – mruknął.
-Jak się rozwiązałeś?
-Zostawiłeś to na
podłodze. - Wyciągnął w jego stronę rękę, w której trzymał
różdżkę chłopaka.
* * *
Draco popatrzył na
wyciągniętą dłoń chłopaka i ostrożnie sięgnął po swoją
własność. Starał się zrobić to tak, żeby nie dotknąć
chłopaka, bo nie wiedział, czym mogłoby to skutkować. I tak, żeby
tamten nie zauważył.
-Ja nie gryzę, możesz
mnie dotknąć, serio.
Draco chwycił swoją
różdżkę, jednak sekundę potem poczuł na swoim przegubie czyjś
dotyk.
-I co? Boli?
Spojrzał zdziwiony na
rozbawioną twarz chłopaka. Widać było, że świetnie się bawi.
-Puść mnie!
-Jak wyjaśnisz, dlaczego
tak się boisz.
-Ja się nie boję.
-Udowodnij to!
Podniósł głowę, ale
nie zobaczył w tych zielonych tęczówkach, ani jednej iskierki
rozbawienia. Potter mówił całkiem poważnie i czekał na
odpowiedź.
-Nieważne – mruknął,
wyszarpując rękę z uścisku chłopaka.
-No weź! Ja serio nie
gryzę.
-A właśnie, że
gryziesz, kąsasz. Ty nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak działasz
na ludzi? Widzisz co się wokół ciebie dzieje? Jak wszyscy na
ciebie reagują? To nie było, nie jest i nie będzie normalne! -
Uderzył pięścią o ścianę i powoli osunął się na kolana. - Ty
nic nie rozumiesz... - Gryfon osunął się na podłogę obok niego.
-To mi wytłumacz.
Pokręcił głową i
opierając się o ścianę, schował ją między kolana. Na ramieniu
poczuł dotyk Harry'ego, ale nie zareagował.
-Draco, ileż można
sprowadzać więźniów na dół?! - Z góry dobiegł wrzask
Bellatrix.
-Już idę! - odkrzyknął.
Podniósł się z
podłogi, otrzepał spodnie z kurzu i wreszcie spojrzał na chłopaka.
W jego oczach można było dostrzec autentyczną troskę.
-Dobra, Potter. Wejdź
tam i jakby kto pytał, to zostawiłem cię związanego.
-Ty nie jesteś taki zły,
jak próbujesz udowodnić. - Na to stwierdzenia Ślizgon zamarł.
Może i było w tym troche racji, ale skąd, na Salazara, ten Gryfiak
mógł to wiedzieć?
-Nic o mnie nie wiesz.
-Ale chcę się
dowiedzieć. Tylko daj mi szansę.
* * *
To, co potem nastąpiło,
wprawiło go w osłupienie. Draco popchnął go za drzwi lochu i
stanął naprzeciwko. Harry usłyszał, jak Malfoy mamrocze:
-Jesteś idiotą, Potter.
Gryfon zrezygnowany
przymknął oczy. Naprawdę chciał zrozumieć tego chłopaka.
Właśnie wtedy poczuł na swoich ustach delikatne muśnięcie, a
później drzwi się zatrzasnęły i wszystko spowiła ciemność.
Harry rozejrzał się po pomieszczeniu, z lewej strony usłyszał
czyjeś szepty, coś pstryknęło i pod sufitem rozbłysły kule
światła.
-Harry, nic ci nie jest?
- Obok rozległ się głos, którego dawno nie słyszał, ale
doskonale znał – Luna Lovegood.
-Stary, napędziłeś nam
strach. Ron drze się cały czas za Hermioną, a ty...
-Zamknijcie się na
chwilę! Chcę pomyśleć...
Dobra, nie był miły,
ale to było co najmniej dziwne. Pierwsze dowiaduje się, że ma
cudowne życie, którego wszyscy mu zazdroszczą, potem, że nie
zauważa jak ludzie na niego reagują. A jak reagują?! Następnie
Malfoy, ten Malfoy. Zadufany w sobie arystokrata pokazuje prawdziwe
uczucia, o które go nigdy nie podejrzewał. I najważniejsze. Draco
miał teraz bardzo dogodne warunki do okaleczenia go, albo wręcz
zabicia. Jednak nie zrobił tego, ale puścił go wolno. Nie, stop.
Jest jeszcze jedna sprawa, która zyskuje miano priorytetu. Draco go
POCAŁOWAŁ, bo, że był to ten blond włosy Ślizgon wiedział z
całą pewnością. W końcu nikogo innego tam nie było. Poza tym,
to MUSIAŁ być on.
Fsntastyczne bardzo mi się podoba. Ciekawie się zaczyna :) :*
OdpowiedzUsuń