sobota, 11 stycznia 2014

Inaczej cz. I

Więc tak, wstawiam tutaj pierwsze dłuższe opowiadanie. Drarry, no bo jak. Od czegoś trzeba zacząć. Wiem, że tych dialogów nie było w książce i jest to totalne zaprzeczenie, ale zwalcie to na karb kapryśnego wena i potrzeby jakiegokolwiek yaoi xD Więc bez większych wywodów, miłego czytania :3



 Harry obudził się zlany potem. Rozejrzał się wokół, żeby z ulgą przekonać się o tym, że nadal znajduje się w ich namiocie. O dziwo, tym razem nie była to wina Voldemorta. Tylko dlaczego, na Merlina śnił mu się Malfoy?!
* * *
-Potter – warknął Draco, kiedy się obudził. Myślał, że jeśli go nie widzi to wreszcie się od niego uwolni. Widać los go nienawidził. Zrezygnowany opadł z powrotem na poduszki i usiłował zasnąć.

*Trzy miesiące później*

-Idźcie po Dracona – usłyszał głos ciotki. Tak jakby nie wystarczyło zawołać. Zresztą, jej wrzaski słychać w całym Malfoy Manor. Westchnął i podniósł się z kanapy. Wolnym krokiem wyszedł za drzwi i skierował się w stronę salonu. Jednak to, co tam zastał z lekka przekraczało jego zdolności pojmowania. Granger z Weasley'em i jednym Gryfonem(jak mu tam było?) stoli, oczywiście związani, obok kominka. Zawsze wiedział, że są idiotami, ale żeby dać się złapać? Ale to jeszcze było nic. Tuż u ich nóg siedział goblin. GOBLIN! No skąd goblin w...Nawet nie chciał pytać. Jednak to nie było wszystko. Kiedy skierował swój wzrok na ciotkę zobaczył, że trzyma za włosy jakiegoś chłopaka i odchyla jego głowę do tyłu.
-Draco, podejdź tutaj! - rozkazała. - Przyjrzyj się mu uważnie i powiedz, czy to jest Potter.
Nie no, ona do reszty zgłupiała. Przecież Wybraniec nie byłby na tyle głupi, żeby dać się złapać. Prawda? Jednak podszedł bliżej. Spróbowałby nie posłuchać, a już zwijałby się z bólu pod wpływem Cruciatusa, a kochany ojczulek, ani palcem by nie kiwnął. Chociaż drugi chłopak cały czas odwracał wzrok Malfoy zdążył przez sekundę zajrzeć mu w oczy. Mimo całej zapuchniętej twarzy, tych wściekle zielonych oczu kolory Avady nie można pomylić z innymi. Sam wiedział o tym najlepiej. A poza tym tak potarganych, czarnych włosów nie miał nikt, kogo by znał.
-Nie jestem pewny – powiedział z wahaniem. - Co mu się stało w twarz?
-To pewnie zaklęcie żądlące. No już, przyjrzyj mu się dokładnie! Nie możemy wezwać Czarnego Pana dopóki nie będziemy w stu procentach pewni, że to on. Spójrz na jego czoło!
Draco już wcześniej to zauważył. Lekko zniekształcona, ale jednak tam była – blizna w kształcie błyskawicy.
-Nic nie widzę – wymamrotał.
Harry wreszcie podniósł oczy na dłużej, niż pół sekundy.
* * *
Nie wierzył w to, co właśnie usłyszał. Przecież Malfoy musiał to widzieć. Nie było mowy o tym, żeby go nie rozpoznał. Z zaskoczenia zapomniał o tym, żeby nie patrzeć Malfoyowi w oczy. I to był błąd. Nie do końca zadawał sobie sprawę z czego to wynikało, ale Ślizgon wpatrywał się w niego z mieszaniną przerażenia i fascynacji. Harry momentalnie przypomniał sobie swoje ostatnie sny i spuścił głowę. Już i tak stanowczo za długo patrzył w te stalowoszare tęczówki. A chłopak, o dziwo, nie odwrócił wzroku.
-Draco, zaprowadź ich na dół. Dziewczynę zostaw. Ja się nią zajmę. - W oczach Bellatrix można było zauważyć czyste szaleństwo. Lekko popychany przez Malfoya dotarł do drzwi prowadzących do lochów. Tuż przed nimi stało się coś, czego nigdy w życiu by się nie spodziewał. Draco (Czemu tak o nim pomyślał?!) odwiązał go od reszty i zostawił przed wejściem, wprowadzając resztę do środka. Krzyki dobiegające z góry sprawiły, że przeszyły go dreszcze. Zza zamkniętych drzwi rozległy się krzyki Rona. Harry popatrzył w górę ginących w mroku schodów. Miał wielką ochotę pobiec tam, ale zdawał sobie sprawę z tego, że w tych więzach byłby bezsilny. Do tego zabrali mu różdżkę. Drzwi za jego plecami otworzyły się.
* * *
Draco, po odprowadzeniu więźniów skierował się z powrotem do wyjścia. Ciągłe zadawał sobie pytanie po co zostawił Harry'ego przed drzwiami. To był impuls, a teraz musi z tego jakoś wybrnąć.
-Potter – wycedził przez zęby.
-O, nagle mnie poznałeś? - Patrzył mu butnie w oczy. - Co chciałeś osiągnąć, ratując mnie? Co ci, do diabła, odstrzeliło?!
-Taka wdzięczność ludzka... - Zawsze miał skłonności melodramatyczne i to wykorzystał. - Ratujesz takiemu życie...
-Dałeś mi co najwyżej kilka minut.
-...i chcesz mu pomóc...
-Jasne, już ci wierzę.
-...i tak ci się odwdzięcza.
-Dobra, koniec gry. Jaki miałeś w tym interes, Malfoy?
Popatrzył ze zdziwieniem na chłopaka.
-Interes?
-No proszę cię. Przez sześć lat gnębiłeś mnie i moich przyjaciół w szkole. Nie przepuszczałeś żadnej okazji, żeby mi dopiec. I teraz myślisz, że...
-Potter – warknął – czy ty zawsze musisz wszystko utrudniać? - Już wiedział po co zostawił tutaj Gryfona. Chociaż zrobił to intuicyjnie.
-Ja utrudniam?
-Tak, ty. Nigdy ci się twarz nie zamyka. Wielki Wybraniec. Niech wszyscy słuchają Harry'ego Pottera, Złotego Chłopca Gryffindoru, Baranka Jasnej Strony i Orędownika Światła. Pieprzenia. Już po pierwszej klasie błyszczałeś. I tylko czyhałeś, żeby mnie na czymś przyłapać. I to ja mam interes żeby cię wypuścić? Prosssssz. A poza tym, kto powiedział, że cie wypuszczam?
-To po cholerę mnie tutaj trzymasz? Żebym słuchał twoich żalów, że byłem sławny w szkole? Wierz mi, że wolałbym prowadzić normalne, uczniowskie życie, niż co roku nadstawiać karku za potężniejszych ode mnie czarodziejów. Myślisz, że to wszystko mi odpowiadało?
* * *
-Przeszłości i przeznaczenia nie zmienisz.
Harry oniemiał, wpatrując się w Malfoya w osłupieniu.
-Co jest Potter?
-Nic, poraziło mnie to, jakie mądre zdanie powstało w twojej tępej głowie.
Po wyrazie oczu Ślizgona Harry wiedział, że przesadził. Chłopak przygwoździł go do ściany, przyłożył różdżkę do gardła i przez zaciśnięte zęby wycedził:
-Daj mi tylko pretekst...
-I co zrobisz? - Wyraźnie czuł koniec różdżki na swojej krtani. - Kochana cioteczka nauczyła cię paru zaklęć?
Tak, na stanowczo za dużo sobie pozwolił.
* * *
Dla Dracona tego było za wiele.
-Cruc... - Przerwał zaklęcie w połowie. Zapomniał o najważniejszej zasadzie, jakiej nauczyła go matka. Nigdy nie patrz ofierze w oczy. Właśnie ją złamał i odczuł tego skutki. Kiedy spojrzał w oczy Pottera zobaczył w nich taki sam strach i ból, jaki czuł, kiedy Czarny Pan go torturował. Upuścił różdżkę na podłogę i oparł się czołem o ścianę. Nie obchodziło go, że to znów Potter widzi go w jednym z jego rzadkich momentów słabości. Nie rejestrował nawet, co Złoty Chłopiec do niego mówi. Przed przymkniętymi powiekami migały mu obrazy z ostatniego półtora roku. Naszyjnik, Pokój Życzeń, Harry, błyszczące czerwienią oczy Voldemorta, Harry, ciało, Dumbledora, Harry, powrót do szkoły, Harry, Harry, Harry Potter, przeklęty Potter, który nie chce wyjść z jego myśli. Dręczy go jego obraz, a może jego brak...
-DRACO!
Chłopak odepchnął się od ściany i stanął prosto. Z lekką konsternacją zauważył, że Harry stoi przed nim...rozwiązany.
-Wszystko w porządku? - zapytał Gryfon, kładąc mu rękę na ramieniu.
-Tak – Odepchnął ją. - czemu miałoby nie być?
-Hmmm, pomyślmy. Mamrotałeś coś o jakimś naszyjniku, Dumbledorze – Przy tym imieniu po jego twarzy przebiegł ledwo dostrzegalny cień. - i o mnie.
-Ja, ja to mówiłem na głos?! - zawołał, lekko przerażony.
-No, tak.
-Na Merlina – jęknął.
-Serio jestem przeklęty?
* * *
Harry zauważył nikły cień na twarzy Draco.
-Nie wiem. Ja już nic nie wiem!
-Nie powinieneś wracać? Zaczną się o ciebie martwić.
Draco roześmiał się sztucznie.
-Martwić? O mnie? Ty nic nie rozumiesz. Po co ja cię tutaj w ogóle przyprowadziłem?
-Może potrzebowałeś się komuś wygadać.
-Pieprz się, Potter.
-Kiedy tylko chcesz, Draco.
-Co?! Gwałtownie odwrócił się w stronę Harry'ego.
-Nic, chciałem rozładować sytuację. Ochłoń trochę.
-Ty powiedziałeś do mnie po imieniu?
Harry popatrzył ze zdziwieniem na Ślizgona.
-Nie pierwszy raz dzisiaj. Tylko wcześniej nie słuchałeś. - Nagle roześmiał się.
-I co cię tak bawi? Jeżeli się nie mylę, to w najlepszej sytuacji nie jesteś.
-To, że... - wykrztusił. - nie zwróciłeś uwagi na pierwszą część zdania.
-Pierwszą część...
Harry zauważył, że do Malfoya dotarło to, co wcześniej powiedział. Popatrzył na niego z dziwnym wyrazem twarzy. Harry odruchowo zasłonił się rękami.
-Tylko czymś we mnie nie miotnij.
-Nie mówiłeś serio, nie?
-Oczywiście, że nie. Chciałem tylko rozładować napięcie. Myślałeś, że ja to...
Popatrzył na twarz Draco, która chyba po raz pierwszy nie wyrażała nienawiści i pogardy, a żal i...tęsknotę?
-Nieważne – mruknął.
-Jak się rozwiązałeś?
-Zostawiłeś to na podłodze. - Wyciągnął w jego stronę rękę, w której trzymał różdżkę chłopaka.
* * *
Draco popatrzył na wyciągniętą dłoń chłopaka i ostrożnie sięgnął po swoją własność. Starał się zrobić to tak, żeby nie dotknąć chłopaka, bo nie wiedział, czym mogłoby to skutkować. I tak, żeby tamten nie zauważył.
-Ja nie gryzę, możesz mnie dotknąć, serio.
Draco chwycił swoją różdżkę, jednak sekundę potem poczuł na swoim przegubie czyjś dotyk.
-I co? Boli?
Spojrzał zdziwiony na rozbawioną twarz chłopaka. Widać było, że świetnie się bawi.
-Puść mnie!
-Jak wyjaśnisz, dlaczego tak się boisz.
-Ja się nie boję.
-Udowodnij to!
Podniósł głowę, ale nie zobaczył w tych zielonych tęczówkach, ani jednej iskierki rozbawienia. Potter mówił całkiem poważnie i czekał na odpowiedź.
-Nieważne – mruknął, wyszarpując rękę z uścisku chłopaka.
-No weź! Ja serio nie gryzę.
-A właśnie, że gryziesz, kąsasz. Ty nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak działasz na ludzi? Widzisz co się wokół ciebie dzieje? Jak wszyscy na ciebie reagują? To nie było, nie jest i nie będzie normalne! - Uderzył pięścią o ścianę i powoli osunął się na kolana. - Ty nic nie rozumiesz... - Gryfon osunął się na podłogę obok niego.
-To mi wytłumacz.
Pokręcił głową i opierając się o ścianę, schował ją między kolana. Na ramieniu poczuł dotyk Harry'ego, ale nie zareagował.
-Draco, ileż można sprowadzać więźniów na dół?! - Z góry dobiegł wrzask Bellatrix.
-Już idę! - odkrzyknął.
Podniósł się z podłogi, otrzepał spodnie z kurzu i wreszcie spojrzał na chłopaka. W jego oczach można było dostrzec autentyczną troskę.
-Dobra, Potter. Wejdź tam i jakby kto pytał, to zostawiłem cię związanego.
-Ty nie jesteś taki zły, jak próbujesz udowodnić. - Na to stwierdzenia Ślizgon zamarł. Może i było w tym troche racji, ale skąd, na Salazara, ten Gryfiak mógł to wiedzieć?
-Nic o mnie nie wiesz.
-Ale chcę się dowiedzieć. Tylko daj mi szansę.
* * *
To, co potem nastąpiło, wprawiło go w osłupienie. Draco popchnął go za drzwi lochu i stanął naprzeciwko. Harry usłyszał, jak Malfoy mamrocze:
-Jesteś idiotą, Potter.
Gryfon zrezygnowany przymknął oczy. Naprawdę chciał zrozumieć tego chłopaka. Właśnie wtedy poczuł na swoich ustach delikatne muśnięcie, a później drzwi się zatrzasnęły i wszystko spowiła ciemność. Harry rozejrzał się po pomieszczeniu, z lewej strony usłyszał czyjeś szepty, coś pstryknęło i pod sufitem rozbłysły kule światła.
-Harry, nic ci nie jest? - Obok rozległ się głos, którego dawno nie słyszał, ale doskonale znał – Luna Lovegood.
-Stary, napędziłeś nam strach. Ron drze się cały czas za Hermioną, a ty...
-Zamknijcie się na chwilę! Chcę pomyśleć...

Dobra, nie był miły, ale to było co najmniej dziwne. Pierwsze dowiaduje się, że ma cudowne życie, którego wszyscy mu zazdroszczą, potem, że nie zauważa jak ludzie na niego reagują. A jak reagują?! Następnie Malfoy, ten Malfoy. Zadufany w sobie arystokrata pokazuje prawdziwe uczucia, o które go nigdy nie podejrzewał. I najważniejsze. Draco miał teraz bardzo dogodne warunki do okaleczenia go, albo wręcz zabicia. Jednak nie zrobił tego, ale puścił go wolno. Nie, stop. Jest jeszcze jedna sprawa, która zyskuje miano priorytetu. Draco go POCAŁOWAŁ, bo, że był to ten blond włosy Ślizgon wiedział z całą pewnością. W końcu nikogo innego tam nie było. Poza tym, to MUSIAŁ być on.

1 komentarz:

  1. Fsntastyczne bardzo mi się podoba. Ciekawie się zaczyna :) :*

    OdpowiedzUsuń