wtorek, 18 marca 2014

Bez tytułu (KazukixManabu)

To opowiadanie dedykuję Kindze :3 Było pisane dla Niej na Święta a teraz dziękuję za wszystkie odpały na lekcjach i Henryka xDDD Miłego czytania :3


*Manabu*

Stanąłem na środku przedpokoju i z wrażenia upuściłem torbę. Jasne, wiedziałem, że Kazuki nie należy do biednych, ale nie, że ma aż tyle kasy. Sam bym wiele oddał za taki dom. Nagle poczułem lekki dotyk na ramieniu.
- Zbieraj szczękę z podłogi i wchodź – Kazuki lekko popchnął mnie do środka.
No, ale zaczynając od tego jak się tutaj znalazłem. Otóż moi drodzy, nadopiekuńczy rodzice stwierdzili, że skoro wyjeżdżają aż na 2 miesiące, wieczność normalnie, to nie mogę zostać sam w domu. Jakbym miał pięć lat. Na szczęście kochany Kazuki zaproponował mi nocleg i... Chwila... czy ja właśnie pomyślałem o Kazu kochany?

*Kazuki*

Popchnąłem lekko Manabu, zakładając, że nie zamierza się ruszyć. Tak, wiem. Mamy spory dom, ale to nie moja wina, że staruszkowie uwielbiają chwalić się forsą. Westchnąłem cicho widząc, że chłopak przeszedł tylko kilka kroków i stoi wpatrując się w jeden punkt. Naprawdę, Bu potrafi być irytujący, będąc równocześnie strasznie słodkim. Tak, powiedziałem słodki. Jest uroczy. Najchętniej wziąłbym go i nie wypuszczał, ale jest zbyt niewinny. Chociaż to też w nim lubię. Dobra, skoro się nie chce ruszyć, to spróbujemy inaczej. Podszedłem do niego po cichu i zaplotłem ręce wokół jego pasa. Od razu poczułem, że chłopak się spiął.

*Manabu*

poczułem oplatające mnie ręce. Moją natychmiastową reakcją było napięcie wszystkich mięśni. Odwróciłem się i wyrwałem Kazukiemu. Dobrze wie, że nie lubię przesadnej bliskości.
- Co ty robisz? - spytałem.
Chłopak wystrzelił zaciśniętą pięść w górę i wykrzyknął:
- Tak! Udało mi się go ocucić! - I nie czekając na moją odpowiedź pociągnął mnie za sobą.
- Tutaj jest kuchnia... salon... - I ciągnąc tak dalej oprowadził mnie po całym domu. Niewiele zdołałem z tego zapamiętać. Mieszkanie robiło wrażenie. Jasno oświetlone, z dużą panoramą Tokio. Cudowne.
  • No, a tutaj jest twój pokój.
*Kazuki*

Manabu szybko ode mnie odskoczył i odwrócił się, ciskając gromy z oczu.
- Co ty robisz? - wzruszyłem ramionami, nie próbując się tłumaczyć. A grzeczniej nie można? No dobra, uznajmy, że tym razem to była moja wina. Stwierdziłem, że nie ma co się rozwijać z odpowiedzią. Więc jak zawsze, najpierw robię, potem myślę. Wyrzuciłem ręce w górę, krzycząc:
- Tak! Udało mi się go ocucić! - Taaak...stanowczo za dużo telewizji mi nie służy. Pociągnąłem Manabu za rękę, oprowadzając po mieszkaniu. W końcu ma tutaj mieszkać przez najbliższe dwa miesiące, więc musi wiedzieć gdzie co jest, prawda? Widziałem, że oczy chłopaka robią się coraz większe w miarę odkrywania kolejnych pomieszczeń. Jednak zaświeciły się dopiero na widok tymczasowej sypialni.
- No, a tutaj jest twój pokój – powiedziałem, gestem zapraszając go do środka.

*Manabu*

No czego, jak czego, ale nie tego się spodziewałem. Myślałem o jakimś kącie na rozłożenie karimaty, a nie o własnym pokoju. Zdecydowana przesada. Nie, żebym marudził, czy coś, ale to chyba stanowczo za wiele.
- Kazuki, nie, żebym tego nie doceniał, ale to chyba przesada – popatrzyłem na przyjaciela.
- Jaka przesada? Chyba nie myślałeś, że pozwolę ci spać przez dwa miesiące na karimacie, prawda? Rozpakuj się, zawołam cię na obiad.
Kazuki wyszedł z pokoju zamykając za sobą drzwi. Dosłownie sekundę później rzuciłem się na łózko i zacząłem na nim podskakiwać. Tak wiem, dziecinne zachowanie, ale... Nie, żebym narzekał na warunki u siebie w domu, bo są świetne. Jednak tutaj jest cudownie. Swoją drogą, nigdy nie byłem jeszcze u niego w domu. Przyjaźnimy się już parę dobrych lat, ale zawsze spotykaliśmy się na mieście. Ewentualnie u mnie. Cóż, może wynikało to z tego, że Kazu nie chciał chwalić się kasą rodziców. Jakkolwiek, cieszyłem się, że pozwolił mi u siebie zamieszkać.

*Kazuki*

Zostawiłem Manabu samego. Widziałem, że najchętniej od razu rzuciłby się na łózko, ale nie chce tego robić w mojej obecności. Zbyt dobrze go znam, żeby nie zdawać sobie z tego sprawy. Trzeba się wziąć za przygotowanie obiadu. Kochana mama jak zawsze wyszła i nie zostawiła żadnych instrukcji. Ja wiem, że trzeba sobie samemu radzić, ale jednak. Jedyne nad czym nie muszę myśleć i starać się, żeby nie wybuchło, to onigiri, więc Bu będzie musiał się tym zadowolić. Kiedy kończyłem lepić kulki zadzwonił mój telefon. Rzuciłem okiem na wyświetlacz. „Yuu”.
- Moshi-moshi – powiedziałem.
- Cześć, Aoi z tej strony. Chcesz dzisiaj gdzieś wyskoczyć?
- A mówiąc „gdzieś” masz na myśli...
- Tam gdzie zwykle. Podjadę po ciebie koło 7. Może być?
- Byłoby super, ale...mam gościa.
- Gościa? - Usłyszałem w jego głosie specyficzną nutę. - Kogo tym razem zgarnąłeś?
- Spadaj, idioto. To przyjaciel.
- Przyjaciel, którego najchętniej byś przeleciał, co?
- Nie licz na to. - Powoli zaczynałem się wkurzać. Zrozumcie, naprawdę lubię Yuu, ale czasem jest niemożliwy.
- Daję ci miesiąc. - Widziałem w głowie ten jego złośliwy uśmiech, który serwuje mi za każdym razem, kiedy wchodzę w kolejny, durny zakład. - Weź go dzisiaj ze sobą, chcę go poznać.
- Zapewniam cię, że nie chcesz.
- Niby dlaczego? Twoi przyjaciele, są moimi przyjaciółmi, czy jakoś tak to szło.
Dobra, co powiedzieć? Zakładam, że Manabu bardzo chętnie gdzieś by wyszedł, ale boję się skonfrontować go z Aoiem. Przecież ten człowiek to chodząca perwersja i nic innego. Jego związek z Uru też nie pomaga.
- Hej, żyjesz tam jeszcze?
- Hai, ale nie przyprowadzisz ze sobą Uruhy, prawda?
- Co ci przeszkadza w moim chłopaku?
- Teoretycznie nic, ale praktycznie...
- Praktycznie odpowiedz mi tak, albo nie. To nie jest trudne, Kazu.
Westchnąłem cierpiętniczo.
- No niech ci będzie. Przyjedź po nas o tej 7, ale wychodzimy przed 10.
- Dobrze, dobrze. - Usłyszałem odgłos przerywanego połączenia.
Tak, cały Aoi. No cóż, skoro mamy wyjść wieczorem, to trzeba się streszczać.
- Manabu, chodź na obiad – zawołałem w stronę drzwi.
Chwilę potem pojawił się w nich uśmiechnięty chłopak. Na mój widok wyszczerzył się jeszcze bardziej.
- Co? Coś nie tak? - zapytałem.
- Nie, tylko...tylko... dobra, powiem. Słodko wyglądasz w fartuszku. - Manabu posłał mi szeroki uśmiech, ale i tak zdążyłem zauważyć lekkie rumieńce na jego policzkach. Tak, nawet powiedzenie komuś komplementu potrafi wprawić go w zakłopotanie.
*Manabu*

Usłyszałem głos Kazukiego. Wyszedłem z pokoju i skierowałem się do kuchni. I... cóż, widok był ciekawy. To znaczy, nie, że Kazuki jest ciekawy, tylko, że... ech... on miał na sobie fartuszek! Fartuszek, rozumiecie to? No widok dość ciekawy. Już samo to, że Kazu gotuje. Zawsze zgrywa takiego chama.
- Co? Coś nie tak? - popatrzył na mnie zdziwiony.
- Nie, tylko...tylko...dobra, powiem. Słodko wyglądasz w tym fartuszku. - Co ja wygaduję? Słodko? Posłałem w jego stronę szeroki uśmiech, żeby odwrócić jego uwagę od moich rumieńców. Czułem, że robię się czerwony na twarzy. To jakiś koszmar. Nienawidzę tego. Czy ja nie mogę powiedzieć komuś zwyczajnego komplementu, żeby potem nie wyglądać jak pomidor?
- Dzięki Bu. A teraz siadaj. - Postawił przede mną talerz z onigiri. Skąd wiedział, że je lubię? - Masz coś przeciwko wyjściu do klubu wieczorem? Mój kumpel zaproponował wspólny wypad.
- Nie, oczywiście, że nie. Tylko jutro jest sprawdzian z japońskiego i... - spojrzałem na niego, niepewny jego reakcji. Niby przyjaźnimy się od lat, ale on i tak potrafi mnie nieraz zaskoczyć swoimi wybuchami złości i zachowywaniem się jak, nie przymierzając – skurwysyn. Jednak teraz tylko uśmiechnął się i powiedział:
- Pewnie, zadzwonię do Aoia i powiem, że jednak... - Przerwałem mu ruchem ręki.
- Nie trzeba. Przecież możesz iść. Raczej nikt mnie z domu nie porwie, a ty nie możesz cały czas się mną przejmować.
Kazuki popatrzył się na mnie. Czułem, że znów zaczynam się rumienić pod jego uważnym spojrzeniem.
- Jesteś pewny? Widuję się z nim często, więc mogę to przełożyć. A rodzice nie wrócą dzisiaj na noc.
- Kazuki, nie mam pięciu lat, serio. Idź, jeżeli chcesz. Ja się pouczę.
Skinął tylko głową i wrócił do posiłku. Chcąc, nie chcąc musiałem zrobić to samo. Kiedy skończyłem, podziękowałem i wróciłem do pokoju. Wiem, że on potrzebuje sporo czasu, żeby gdziekolwiek wyjść. Nawet, jeżeli to wyjście polega na zrobieniu zakupów.

*Kazuki*

Patrzyłem na plecy oddalającego się Manabu. Nie uśmiechało mi się wychodzenie bez niego, ale musiałem. Mogłem tylko przypuszczać, ale zapewne byłyby to bardzo trafne przypuszczenia, że gdybym odwołał spotkanie Aoi by mnie zabił. Westchnąłem i ruszyłem do sypialni. Czarna koszulka i rurki wylądowały na łóżku. Poszedłem się ogarnąć do łazienki. Kiedy wskoczyłem już w przygotowane ciuchy został mi tylko lekki makijaż i włosy. Chwilę potem byłem gotowy. Popatrzyłem na zegarek. Do przyjazdu Aoia zostało półtorej godziny. Położyłem się na łóżku i włączyłem telewizor. Jak zwykle – nic ciekawego. Skacząc po kanałach w końcu zasnąłem. Obudził mnie dzwonek telefonu. „Yuu”.
- Czekam pod domem. Rusz się tutaj.
- Już, już. - Nie czekając na odpowiedź rozłączyłem się i wyszedłem na korytarz.
- Manabu, wychodzę! - krzyknąłem w przestrzeń i wybiegłem przed dom. Wskoczyłem na tylne siedzenie samochodu.
- Hej Aoi, Uruha – machnąłem im ręką na powitanie.
Aoi tylko skinął mi głową, skupiony na prowadzeniu. Jednak Kouyou obrócił się w moją stronę i pocałował szybko w policzek.
- Uruha! - wykrzyknąłem. Tamten tylko roześmiał się perliście i odwrócił do przodu, chwytając Aoia za wolną rękę.
- Wiesz, że on uwielbia cię denerwować, prawda? - W lusterku widziałem wyszczerzonego Yuu.
- Uwierz mi, aż za dobrze zdaję sobie z tego sprawę – mruknąłem.
- Kazuki, skarbie nie obrażaj się – Uruha obrzucił mnie przelotnym spojrzeniem. - W klubie znajdziemy ci kogoś do towarzystwa i od razu się rozchmurzysz. Zobaczysz. Wyobraź sobie, jak wracasz z nim do domu i...ała! Yuu, on mnie uderzył!
- Jeszcze słowo, a przysięgam oberwiesz o wiele mocniej – wręcz warknąłem. Uruha skulił się w fotelu zgromiony moim spojrzeniem.
- Kazuki, weź mi go nie strasz. Jeszcze mi się przyda w nocy.
- Wiesz, lekko roztargniony będzie łatwiejszy. - Posłałem w jego stronę wredny uśmiech. Aoi tylko uniósł brwi i pokręcił głową, a Uruha głębiej wcisnął się w fotel, ponownie chwytając Yuu za rękę. Dalsza droga do klubu minęła nam bez zbędnych rozmów.

*Manabu*

Usłyszałem tylko trzask zamykanych drzwi i w domu zapanowała cisza. Tak naprawdę nie miałem wcale tak dużo nauki, ale wiedziałem co nieco o znajomych Kazukiego. I jak on był względem mnie jak dobry, starszy brat, tak tamci zapewne widzieliby we mnie cel do zaliczenia. Nie za ciekawie. Ale nie mogłem wymigiwać się testami całe dwa miesiące, prawda? Kazu w końcu zacząłby coś podejrzewać. Z ciężkim westchnieniem wróciłem z powrotem do książek. Nauka nie przychodziła mi z trudem, więc nie musiałem poświęcać na nią wiele czasu. Szybko jeszcze raz powtórzyłem materiał potrzebny do testu i wziąłem się za to, co naprawdę kochałem. Za grę na gitarze. Kiedy tylko moje palce dotknęły strun znalazłem się w innym świecie. W moim własnym, niepowtarzalnym światku. Gdzie nie było nikogo innego oprócz mnie i mojej muzyki. Wiem, nie grałem idealnie, ale to zajęcie pozwalało mi się oderwać. Z tego swoistego rodzaju letargu wyrwało mnie uporczywe dzwonienie telefonu. Odłożyłem gitarę na łóżko i odebrałem.
- Cześć synku, jak się bawisz? - W słuchawce usłyszałem głos mamy.
- Nie jest źle, ale to nie ja jestem w Europie, mamo.
- Wiesz, ze chcieliśmy cię zabrać, ale to podróż służbowa i...
- Mamo spokojnie. Ja wszystko rozumiem, u Kazukiego jest bardzo fajnie, naprawdę. Nie musicie się niczym martwić. Dam sobie radę, a jak nie to zawsze ktoś mi pomoże. - Jawne kłamstwo, ale najwidoczniej zadowoliło moją rodzicielkę.
- No dobrze, to już ci nie przeszkadzam. Zadzwonię za parę dni, jak znajdę chwilę czasu. Kocham cię, synku.
- Ja ciebie tez, mamo. - Rozłączyłem się i odłożyłem telefon na biurko. Odruchowo popatrzyłem na zegar. Już po 10?! Jakim cudem? Szybko przebrałem się i położyłem dospania. W końcu na test trzeba być przytomnym. Nawet, jeżeli jest banalny.

*Kazuki*

Kiedy przekroczyłem drzwi klubu uderzyła we mnie fala dźwięku i woń alkoholu wyraźnie wyczuwalna w powietrzu. Mimo wczesnej pory parę osób już słaniało się po kątach. Jak zwykle, żeby dojść do jakiegokolwiek stolika trzeba było się przeciskać przez masy ludzi tańczących, o ile można to dziwne podrygiwanie nazwać tańcem, w rytm muzyki. Pomachałem ręką do DJ-a, który jest moim dobrym znajomym i wsunąłem się do wnęki w ścianie. Za każdym razem kiedy tu jesteśmy siadam w tym samym miejscu. Mam stąd bardzo dobry widok zarówno na tańczących, jak i tych, którzy dopiero wchodzą do klubu. To bardzo ułatwia mi selekcję. Selekcję... jak to brzmi. Niezbyt fortunnie, co? Ale przecież nie prześpię się z pierwszym lepszym klientem klubu. Swoją godność i wymagania też mam.
- Przepraszam, czy tutaj jest wolne? - usłyszałem nad sobą dość miły głos. Spojrzałem w górę. Przede mną stał chłopak na oko w moim wieku, może troszkę młodszy. Aparycja niczego sobie i przepiękne oczy.
- Może. Za drobną opłatą. - Popatrzyłem sugestywnie na usta chłopaka, a zaraz potem uważnie i precyzyjnie taksując wzrokiem całe jego ciało. Serio niczego sobie. Tamten wyraźnie zmieszał się pod moim spojrzeniem i mrucząc coś w stylu „To może ja już sobie pójdę”, aczkolwiek nie usłyszałem wyraźnie, zniknął w tłumie ludzi. Chwilę później na stoliku przede mną pojawiła się butelka sake. Na siedzenia obok wsunęli się moi towarzysze, których wcześniej gdzieś zgubiłem.
- Co to był za koleś? - zapytał zaciekawiony Aoi. - Bo niczego sobie, a te ru...ała! - Wylądował na podłodze, kiedy Uruha mocno pchnął go w ramię. Kiedy tylko Yuu z powrotem usiadł na krześle ten wcisnął mu się na kolana.
- Ja tu wciąż jestem, skarbie – zaznaczył, przyciągając go do pocałunku. Kiedy tylko się od siebie oderwali Aoi powiedział:
- Wiesz, gdybym za każdą moją głupią odzywkę miał być tak karany, to jestem za. - Uruha tylko prychnął wymownie, ale wtulił się w jego tors, a Yuu automatycznie oplótł go ramionami w pasie. Jakkolwiek nie pasował mi czasem styl bycia Uru, to tworzyli naprawdę ładną parkę. I z tego co widzę, są szczęśliwi, więc nie ma o czym mówić.
- To wy się tutaj pościskajcie, a ja pójdę zatańczyć. - Podniosłem się z krzesła i ruszyłem na parkiet. Jakimś cudem zdołałem się przecisnąć do stoiska DJ-a.
- Cześć Byou, co tam?
- Jak widać, jakoś ciągnę, chociaż ta muzyka... – Wzdrygnął się teatralnie. - To jest jakaś masakra. Tylko techno. Przy czym ci ludzie się bawią?
- Jak się nie ma co się lubi...
- ...to się lubi co się ma. Tak, pamiętam. Jeszcze gdyby przychodziło tutaj więcej dziewczyn. Ale przeważają tu faceci. Faceci, Kazu! Nawet nie ma na co popatrzeć. - Zakończył płaczliwie.
- Wiesz, ja tam nie narzekam. - Uśmiechnąłem się do niego i zacząłem wzrokiem przeczesywać tłum. Zobaczyłem chłopaka, który chciał się do mnie dosiąść. Na parkiecie jakby odzyskał śmiałość. Poruszał się lekko i z gracją, czasem wręcz na granicy prowokacji.
- Widzę, że upatrzyłeś sobie nasz najnowszy nabytek, co?
Ze zdziwieniem popatrzyłem na kumpla.
- O czym ty mówisz?
- Wlepiasz gały w tego chłopaczka. Dopiero niedawno zaczął się tutaj pojawiać. Dość szybko się rozkręcił. Tylko skąd wiedziałeś?
- Nie wiedziałem – przyznałem szczerze. - Chłopak podszedł do mnie i spytał, czy jest wolne miejsce. Troszkę biedaczka speszyłem. - Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. - Wybacz Byou, ale już wiem, kto będzie mi dzisiaj towarzyszył. - Zeskoczyłem z podestu dla DJ-a i ruszyłem na parkiet. Starałem się tak lawirować, żeby znaleźć się jak najbliżej mojego celu. Dosyć szybko mi się to udało. Chłopak najwidoczniej mnie poznał, bo rozszerzył lekko oczy, ale nie przestał tańczyć. Naprawdę prowokował. Pozostaje tylko zapytać, czy świadomie, czy może miał to wrodzone. Zbliżyłem się jeszcze trochę i stanąłem przed nim. Uśmiechnął się lekko. Zacząłem tańczyć tuż koło niego, co chwilę „przypadkiem” ocierając się o chłopaka. Nie wyglądało no to, że miał coś przeciwko. Po kilku piosenkach chwyciłem go za rękę i zaciągnąłem do stolika. Skinąłem barmanowi, żeby przyniósł nam jakieś drinki. Szczerze, nie za bardzo pamiętam o czym rozmawialiśmy. To były jakieś głupoty o szkole. Po jeszcze kilku(nastu) drinkach, zalani prawie, że w trupa ruszyliśmy do wyjścia. Gdzieś w tłumie mignęły mi twarze Aoia i Uruhy, którzy z lekkim niepokojem patrzyli w moją stronę, jednak nijak nie zareagowali. Tuż za drzwiami klubu przyparłem chłopaka do ściany i brutalnie pocałowałem.

*Manabu*

Obudził mnie głośny trzask drzwi. Poderwałem się na łóżku i lekko nieprzytomnym wzrokiem popatrzyłem na wyświetlacz komórki. 00:28. Chwila... Która?! Zaniepokojony zerwałem się z łóżka i wyjrzałem na korytarz. Jednak sekundę później stwierdziłem, że wolałbym zostać w łóżku. To, co zobaczyłem, nie należało do najprzyjemniejszych widoków w moim życiu. Co ja mówię? Z powodzeniem mogę zaliczyć to do pierwszej piątki najgorszych. Mianowicie na korytarzu stał półnagi Kazuki i całował się z jakimś chłopakiem, którego widziałem pierwszy raz na oczy. Obaj najwidoczniej nie zdawali sobie sprawy z mojej obecności, bo skończyli na całowaniu. Kiedy Kazu zaczął dobierać się do spodni swojego towarzysza odzyskałem głos.
- Kazuki... - zdołałem wyszeptać, bo głos znów odmówił mi posłuszeństwa. Jednak powiedziałem to na tyle głośno, że obaj odwrócili się w moją stronę.
- Manabu... - Po jego głosie stwierdziłem, że jest pijany. - Przyłączysz się? - Nadal patrząc mi prosto w oczy powoli oblizał wargi. Mimowolnie wzdrygnąłem się i pokręciłem głową.
- Jesteś pewny? Będzie fajnie, zobaczysz. - Wyciągnął rękę w moją stronę i lekko chwiejnym krokiem zbliżał się do mnie. Nadal kręciłem głową, jednak byłem tak sparaliżowany, sam nie wiedziałem do końca czym, że nie mogłem się ruszyć. Dopiero kiedy Kazuki podszedł do mnie i usiłował pocałować na oślep trzasnąłem go w twarz i uciekłem do sypialni. Zatrzasnąłem drzwi, opierając się o nie. Słyszałem jęk Kazukiego i jego przekleństwa.
- Wróć tutaj, ty mała dziwko. Ty suk... - dalszej części nie chciałem słyszeć. Bełkotał na tyle niewyraźnie, że słuchawki zdołały to zagłuszyć. Gorzkie łzy lały mi się po twarzy i nijak nie mogłem ich zatrzymać. Usilnie starałem się zasnąć, jednak przeszkadzały mi w tym jęki dochodzące z pokoju obok. Tego już moja muzyka nie potrafiły wyciszyć. Dopiero koło trzeciej w nocy udało mi się zasnąć, nadal opartym o drzwi.

*Kazuki*

Obudziłem się rano z koszmarnym kacem. Co się stało? Nigdy się tak nie upijałem. Przewróciłem się na drugi bok i kiedy tylko zobaczyłem, że oprócz mnie w moim kochanym łóżku ktoś jeszcze jest szybko z niego wyskoczyłem. Chwila... Czemu ja nie mam na sobie ciuchów? Powoli zaczynałem sobie przypominać wczorajszy wieczór. Co było w tych drinkach? Nigdy, powtarzam nigdy nie przyprowadziłem nikogo do domu! I mam mocną głowę...Manabu! Szybko ubrałem chociaż spodnie i wybiegłem z pokoju. Nacisnąłem klamkę drzwi do sypialni przyjaciela, jednak nie chciały się dać otworzyć. Jedynie lekko się uchylił.
- Manabu, proszę cię. Otwórz, Bu...
Mocniej popchnąłem drzwi, nadal prosząc chłopaka, żeby otworzył. Nagle coś głucho uderzyło o podłogę i zdołałem uchylić je na tyle, żeby wsunąć się do środka. Na ziemi leżał skulony Manabu, który widocznie musiał zasnąć oparty o ścianę. W ręce zaciskał swoją MP3-kę. Ukucnąłem koło niego, a wtedy zaczął cicho mruczeć i otworzył oczy. Kiedy tylko mnie zobaczył momentalnie się rozbudził i uciekł na drugą stronę pokoju. W tym momencie wyglądał jak zwierzątko zagonione w pułapkę.
- Manabu, nie bój się. Ja ci nic nie zrobię, obiecuję. - Z podniesionymi w górę rękami powoli zbliżałem się do chłopaka. Ten znów osunął się po ścianie i skulił.
- Proszę, zostaw mnie. Ja nie chcę... - Zobaczyłem, że po jego twarzy zaczęły spływać łzy. Nie siląc się już na ostrożność przyskoczyłem do niego i zamknąłem w mocnym uścisku. Próbował się wyrywać, ale chyba był zbyt zmęczony, żeby należycie zareagować. Już tylko trząsł się i cichutko łkał. Kołysałem go uspokajająco przy okazji omiatając pokój spojrzeniem. 4:52. Tak wcześnie? No trudno. Zauważyłem, że Bu zaczyna się powoli uspokajać. Całe szczęście.

*Manabu*

Byłem zbyt zmęczony, żeby się wyrywać. Dlatego, kiedy Kazuki mnie objął byłem zdolny tylko cicho łkać i nie miałem siły na nic innego. Dopiero, kiedy minął pierwszy szok, jakiego doznałem, widząc go u siebie w pokoju uświadomiłem sobie absurd całej tej sytuacji. Kazuki, przez którego prawie w ogóle nie spałem. Kazuki, przez którego nie mam na nic siły. Kazuki, który tak bardzo mnie przestraszył dziś w nocy. Właśnie on teraz stara się mnie uspokoić. Gwałtownie wyrwałem się mu i usiadłem na łóżku. Wydawał się być z lekka zaskoczony moim nagłym ruchem, bo usiadł na podłodze.
- Wyjdź stąd. Wiem, że nie mam prawa tego mówić, bo jestem twoim gościem, ale...
- Bu, pozwól mi wytłumaczyć. - Podszedł do mnie na kolanach. Wiem, powiecie, że jestem idiota. Ale mam słabość do tego chłopaka. Co na to poradzę? I właśnie dlatego tak bardzo zabolała mnie ta sytuacja w nocy. Byłoby lepiej, gdybym nie wychodził wtedy z pokoju. Kiwnąłem lekko głową. - Ja nie wiem co się ze mną stało. Naprawdę, uwierz mi. Nigdy nie przyprowadzam ich do domu. Nikogo bym tutaj nie wpuścił tylko po to, żeby się z nim przespać. I wiesz, że się nie upijam, prawda? Ile razy piliśmy razem i nigdy nie byłem pijany. Ktoś musiał mi czegoś nasypać do drinka i...i...Bu, tak bardzo przepraszam. Za wszystko. Za to, co o tobie powiedziałem i... - Wtulił głowę w moje kolana i nadal coś mamrotał, ale już ledwo co słyszałem. Mogłem tylko wyłapać powtarzające się słowo „idiota”. Odruchowo przeczesywałem palcami jego włosy śmiejąc się w duchu. Przed chwilą to mnie trzeba było pocieszać. No i kto by pomyślał, że Kazuki jest taki wrażliwy?
- Kazuki, wstań. - Wciągnąłem go koło mnie na łóżko i odgarnąłem włosy z czoła. - Zapomnijmy o tym. Tego nie było. To wszystko nam się śniło. Tylko wywal tego gościa z domu, a wszystko wróci do normy. - Kiedy skończyłem mówić, Kazu rzucił mi się na szyję i szepcząc ciche „Dziekuję” wybiegł z pokoju.

*Kazuki*

Tak! Manabu mi wybaczył. Dziwię mu się, naprawdę. Zachowałem się jak skurwiel. Chwila, wróć. Ja jestem skurwielem, ale nigdy przy Manabu. Poznałem go jako małego, zagubionego chłopca i nie chciałem go nigdy skrzywdzić. Wpadłem do pokoju i szarpiąc nocnego gościa za ramię wybudziłem go ze snu.
- Wstawaj! Ciuchy leżą zapewne gdzieś na podłodze. Ubieraj się i wynocha! - Zaskoczony skinął głową i zaczął się zbierać. Chwilę później trzasnęły drzwi wejściowe. Ruszyłem do kuchni zrobić jakieś śniadanie. Za niedługo trzeba będzie się zbierać do szkoły. Kilka minut krzątałem się po kuchni, aż przyszedł Manabu, trąc zaspane oczy. Postawiłem przed nim śniadanie i duży kubek kawy. Skinął mi głową z wdzięcznością i zabrał się za jedzenie. Sam ledwo co dzióbnąłem, bo nadal miałem żołądek ściśnięty z nerwów. Szybko wypiłem kawę i wrzuciłem naczynia do zmywarki. W tym momencie zadzwonił telefon. Posłałem Bu przepraszające spojrzenie i odebrałem.
- Moshi-moshi.
- Kazu, z tej strony Aoi. Co się wczoraj stało, mały?
- Nie mam zielonego pojęcia. Ktoś musiał mi czegoś dosypać do drinków. Wiesz, że nigdy się nie upijam.
- To raz, każdemu może się zdarzyć. Bardziej zdziwiło mnie to, że wyszedłeś z tym chłopakiem. Nie powiesz mi chyba, że poszedłeś z nim do domu?
-...
- Kazuki!
- Tak, zabrałem go do domu.
- Coś ty brał?
- Wyobraź sobie, że nie wiem!
- Nie musisz się od razu wydzierać. To do ciebie nie podobne.
- Tak, bo nie przebywasz ze mną w szkole.
- Chyba kiedyś muszę zobaczyć jak się odnosisz do innych. A jak przyjął to twój tymczasowy współokator?
-...
- Kazuki, chyba nie zrobiłeś nic głupiego?
- Nie było źle. - Usłyszałem, że Yuu odetchnął z ulgą. - Było tragicznie.
- Co zrobiłeś?
- Nawrzucałem mu i zgnoiłem.
- Boli?
- Boli i to cholernie.
- Może to czegoś cię nauczy. Wpadnę do ciebie wieczorem. Poznam twojego przyjaciela. Do zobaczenia.
- Pa.
Schowałem telefon do torby i czekałem na Manabu. Razem ruszyliśmy do szkoły w dość krępującej ciszy.

*Manabu*

No dobrze, może i wybaczyłem Kazukiemu. Ale wybaczyć, nie znaczy zapomnieć. Cokolwiek bym mu nie powiedział. Widziałem jak co chwila na mnie zerkał, jednak udawałem, że tego nie zauważam. Muszę to wszystko przemyśleć. To nie tak, że jestem strasznie mściwy, tylko... Tak, był pod wpływem alkoholu. Ślepy by zauważył. Jednak... a tam, teraz muszę się skupić na lekcjach, a nie na Kazukim. Cóż, nie do końca wyszło mi to tak, jak chciałem. Lekko struty wracałem do domu. Kazu musiał zostać jeszcze w szkole. Przekręciłem klucz w zamku i od progu przywitał mnie smakowity zapach z kuchni. Niemożliwe, żeby chłopak wrócił wcześniej, więc...
- Kazuki, to ty, skarbie? - Na korytarz wyszła kobieta, trzymając w ręce ścierkę. - A, ty pewnie musisz być przyjacielem Kazukiego, tak? Manabu, jeśli się nie mylę?
- Tak, proszę pani. Miło panią poznać. Ja... nie spodziewałem się, że zastanę kogoś w domu i...
- Ale nic się nie stało. Ktoś dotrzyma mi towarzystwa przy obiedzie. - Odwróciła się na pięcie i poszła do kuchni. Chcąc, nie chcąc ruszyłem za nią. - Mojego męża jeszcze nie ma. Musiał odebrać z lotniska kuzynkę Kazukiego. To przemiła dziewczyna i pomieszka tutaj przez jakiś czas. Miejsca jest dość, nie musisz się martwić.
Na stole w kuchni stało pięknie wyglądające dani. Cud normalnie. Że też komuś chciało się to robić.
- Dziękuję bardzo, wygląda przepysznie. - Już bez zbędnych rozmów zjedliśmy obiad. Kiedy kończyłem sprzątać, a mama Kazukiego poszła do siebie, ktoś przekręcił zamek w drzwiach.
- Wchodź moja droga. Czuj się jak u siebie w domu.
- Dzięki wujku. - Po tym nastąpiła seria trzaśnięć i stuków i w drzwiach pojawiła się...dziewczyna. Śliczna dziewczyna. Szczupła blondynka ze słuchawkami na szyi. Ubrana była w luźną bokserkę i dżinsy. Kiedy mnie zobaczyła stanęła jak wryta.
- Kazuki? Zmieniłeś się, nie powiem. - Uśmiechnęła się lekko.
Natychmiast się zreflektowałem i powiedziałem:
- Emmm... nie, Kazuki jest jeszcze w szkole. Mów mi Manabu. - Wyciągnąłem rękę w jej stronę, a ona ją uścisnęła.
- Zardi. - Klapnęła na krzesło naprzeciwko mnie. - Nocujesz tutaj? Nie wiedziałem, że Kazuki ma chłopaka, nic mi o tym nie mówił i...
- Hej, hej, stop! - Zamachałem gwałtownie rękami. - Jaki chłopak? Jestem jego...
- ...przyjacielem, ty wredna, mała, wścibska czarownico – dokończył za mnie Kazuki, który nie wiadomo kiedy pojawił się w domu. - Już wciskasz nos w nieswoje sprawy, prawda?
- Oj, kuzynie. Nie musisz być taki przykry. Ja wiem, że i tak mnie kochasz.
Popatrzyłem się na Kazukiego. Jego kąciki ust lekko drgnęły, a chwilę później wybuchnął szczerym śmiechem. Przyskoczył do kuzynki i zamknął ją w mocnym uścisku.
- Stęskniłem się, Zardi.
- Ja też, Kazu. A teraz mi powiedz kim jest twój ładny kolega. - Na słowo „ładny” zarumieniłem się. Kazu uśmiechnął się pod nosem i powiedział:
- Ten uroczy chłopak, któremu nie można powiedzieć komplementu, żeby się nie zarumienił to mój najlepszy przyjaciel. Już od kilku lat i to niezmiennie. - Posłał w moją stronę lekki uśmiech. Uspokoiło mnie to trochę.
- To wy sobie porozmawiajcie, a ja pójdę odrobić lekcje. - Wstałęm od stołu i skierowałem się do wyjścia.
- Tylko nie siedź za długo! - zawołał za mną chłopak. - Aoi przyjdzie wieczorem i chciałby cię poznać.
Skinąłem głową na potwierdzenie i zamknąłem za sobą drzwi.


*Kazuki*

strasznie cieszyłem się z przyjazdu Zarki. Rzadko mamy szansę się spotkać, bo mieszka w Anglii. Jest, oprócz Bu, jedyną osobą wobec której nie chcę nigdy być wredny. Przynajmniej nie na poważnie. Uwielbiam się z nią przekomarzać, ale nigdy nie jest to serio. Kiedy tylko Manabu zniknął za drzwiami pokoju Zardi pociągnęła mnie do swojego pokoju, który zawsze był przygotowany. Nigdy nie wiedzieliśmy co wpadnie tej wariatce do głowy i kiedy znów przyjedzie.
-No dobrze, a teraz mów, jak doszło do tego, że wielki Kazuki się zakochał? - Spojrzała na mnie tymi swoimi wielkimi oczami, w których tańczyły iskierki rozbawienia.
-Ja co? Czyś ty zwariowała? Widziałaś mnie kiedyś zakochanego?! - Co za wariatka.
-Do dnia dzisiejszego nie. Ale jeżeli nie tak wygląda miłość, to ja nie chcę jej zaznać. Jesteście słodcy. Kiedy zaczęliście ze sobą kręcić?
-Kobieto, czy do ciebie nie dociera, co mówię?! My ze sobą nie kręcimy! To jest mój najlepszy przyjaciel. To mój słodki, uroczy, kochany...
-Ha! I tutaj cię mam. Słodki? Uroczy? Kochany? Wiesz, o przyjacielu się tak nie mówi. - Widziałem zadowolony uśmieszek, błąkający się jej po wargach. Zrezygnowany westchnąłem i opadłem na łóżko, chowając twarz w dłoniach.
-Ej, skarbie, nie chciałam. Przepraszam, jeśli coś cię uraziło. Wiesz, że nie robię tego specjalnie, prawda?
-Wiem, mała. Ale zrozum, że to, co powiedziałaś, to wszystko prawda. Tylko jak można być tak głupim, żeby zakochać się we własnym przyjacielu, powiedz mi?
-Widać bardzo łatwo. Coś jeszcze ci leży na wątrobie, widzę to. Co narobiłeś tym razem. - Usiadła naprzeciwko mnie, ze skrzyżowanymi nogami.
-Tylko mi nie przerywaj – zaznaczyłem. Skinęła potakująco głową. - Więc wróciłem dzisiaj do domu w...towarzystwie. Tak, nigdy tego nie robię. Ale też nigdy się nie upijam. Ktoś musiał mi czegoś dosypać do drinka. Wiem, głupio zrobiłem, że nie sprawdziłem. Jednak z drugiej strony, jak? Ale do sedna. Kiedy wróciłem po północy, musiałem obudzić Bu trzaskając drzwiami. Wyjrzał na korytarz, a ja... ja składałem mu dość jednoznaczne propozycje. I wyzwałem od najgorszych i... Zardi, jest mi tak strasznie żal, że to zrobiłem. Nie dlatego, że w ogóle, ale dlatego, że to był Manabu. Widziałaś jaki on jest. Chodząca niewinność, a ja... - Przełknąłem łzy gromadzące mi się w gardle i przytuliłem do brzucha dziewczyny. Poczułem jej palce, przeczesujące moje włosy. To było tak podobne do sytuacji z rana.
-O moje biedactwo. Ale przeprosiłeś go? - Skinąłem głową. - Więc na pewno wytłumaczyłeś. I zakładam, że ci już wybaczył. Widziałam go dzisiaj. Nie było nic nienaturalnego podczas naszej rozmowy.
-Bo ty tam byłaś. A jesteś niezastąpiona.
-Ej, Kazuki, Kazuki. Prześpij się troszkę. Obudzę cię, jak przyjdzie Aoi. Miałeś ciężką noc. - Ułożyła mnie na poduszkach i wyszła z pokoju. Mówiłem już, że jest niezastąpiona? Tak? To powtórzę jeszcze raz. Z tą myślą pogrążyłem się w ramionach Morfeusza.

*Manabu*

Nauczyciele się opamiętali! Coś pięknego. Nie zadali dużo do domu i żadnego testu w planach. Życie jest piękne. Gdyby tylko... Nie! Nie możesz tak myśleć! To tylko twój przyjaciel. Nieważne, że facet. Ze swoją orientacją byłem pogodzony od dawna. Dziewczyny nie zwracały mojej uwagi. Były zbyt wyzywające i humorzaste. Dopiero Zardi, jako pierwsza, zdołała coś we mnie ruszyć, ale i tak nie było to chociaż w niewielkim stopniu tak wyraźne, jak wtedy, kiedy widzę Kazukiego. Tak, wiem. To chore, ale każdy musi na coś umrzeć, prawda? Dlaczego nie umrzeć z miłości?

*Kazuki*

Obudziło mnie lekkie potrząsanie za ramię.
-Mamo, jeszcze pięć minut – wymamrotałem, przewracając się na drugi bok.
-Żadne pięć minut, Kazuki. Zardi kazała mi przekazać, że Aoi przyszedł. - Kiedy tylko usłyszałem głos Manabu poderwałem się do góry.
-Bu? Co ty tutaj robisz?
Chłopak stał na środku pokoju, chyba nie za bardzo wiedząc, co robić.
- Ja...bo twoja kuzynka kazała mi tutaj przyjść i...
Widząc zakłopotanie chłopaka momentalnie się rozczuliłem. Wstałem z łóżka i lekko pogłaskałem go po policzku.
-Wiesz, nie miałbym nic przeciwko, jeśli to ty budziłbyś mnie codziennie. - Lekko się uśmiechnąłem i wymijając go, ruszyłem do salonu zostawiając lekko zdezorientowanego chłopaka samego.
Cóż, jak w jednym zdaniu opisać widok, jaki zastałem w salonie? Dziwny. Kochany Aoi siedział rozwalony na jednej kanapie, oplatając Uruhę ręką w talii. Kouyou opierał się o jego bok i prawie przysypiał. Dobra, to nie było takie dziwne, ale widok mojej kuzynki wlepiającej w nich szeroko otwarte oczy i wręcz pożerającej ich samym spojrzeniem był mega dziwny. Co, jak co, ale nie podejrzewałem Zardi o takie zainteresowania.
- Cześć, chłopaki. Jak leci?
Aoi poderwał się lekko w górę i obrócił w moją stronę.
-Jak u nas leci? To ty opowiadaj, co... - zamarł na chwilkę, wpatrując się w coś za moimi plecami. - A więc to jest ten sławetny Manabu, hę? Kazu, nie mówiłeś, że gościsz takiego seksownego chłopaka pod dachem.
Odwróciłem się w stronę mojego gościa. Stał w drzwiach ze spuszczoną głową.
- Manabu, siądź koło Zardi, jest jeszcze wolne. - Skinął mi głową i szybko zajął wskazane mu miejsce. Jeden pożytek z jego zakłopotania. - A ty, Yuu się zachowuj.
-Oj, no... skąd miałem wiedzieć, że z niego taka cnotka? Już nie można pochwalić...ała! Skarbie, zrobiłeś się ostatnio strasznie agresywny, wiesz?
Uruha posłał w moją stronę szeroki uśmiech i zwrócił się do Aoiego:
- Bo ty, skarbie, ostatnio często zwracasz uwagę na innych. - Yuu przewrócił oczami na to stwierdzenie, ale przysunął chłopaka bliżej. Tym razem Uruha skierował swój wzrok na Bu:
-Przepraszam za niego. Jest strasznie bezpośredni.
-A ty perwersyjny – wymamrotałem.
-Co tam burczysz, Kazuki?
-Nic, nic, kontynuuj. - Usiadłem na fotelu.
-Wiesz, Kazuki wiele nam o tobie opowiadał. Czemu mieszkasz u tego gościa, nie boisz się spać?
-Uruha, tego za wiele! - Poderwałem się z fotela. - Albo rozmawiacie normalnie, albo jazda!
-Jeszcze ci ten alkohol nie przeszedł?
-Jeszcze nie dość dostałeś po głowie?
-Ał, nasz kotek się wkurzył. Aoi ratuj, bo mnie zagryzie.
-Skoro sam nie potrafisz, to Aoi, co?
-To, że nie pakuję się w każdą bójkę...
-Jaką każdą bójkę? Kiedy ty mnie widziałeś...
-...nie znaczy, że jestem słaby, ty...
-...ostatnio podnoszącego głos, albo rękę na kogokolwiek z...
-...mały, wredny perwersie!
-Odezwał się ten święty.
-Wiesz, ja przynajmniej mam stałego chłopaka.
-A na co komu stały chłopak?
-Nie wiem, dla wygody?
-Widzisz, przynajmniej nie mam...
-...żadnych zobowiązań? Tak, zapewne. Chodzi tutaj o to, żeby...
-...mieć stałego gościa do posuwania?
-Ty sukinsynie. Jeżeli myślisz, że jestem z Aoiem tylko dlatego, że...
-...ci daje? Tak właśnie myślę!
-To się grubo mylisz! Jestem z nim, bo go kocham, idioto!
W tym momencie dostałem w twarz. Kiedy ten kretyn zdążył wstać? Nawet tego nie zarejestrowałem.
-To, za obrażanie Yuu! - Splunął mi pod nogi i odwrócił się, łapiąc swojego chłopaka za rękę. - Wstawaj kotek, wychodzimy.
-Na razie, miło było was poznać – zawołał jeszcze Aoi przez ramię. Chwilę później zapanowała cisza.

*Manabu*

Obserwowałem ich kłótnie przeskakując wzrokiem od jednego, do drugiego. Kiedy za tamtą dwójką zamknęły się drzwi spojrzałem na Kazukiego. Chłopak nadal stał w tym samym miejscu.
-Kazu...to prawda, że nie chcesz nikogo na dłużej? - Tak, pomyślicie, że jestem egoistyczny, ale na ten moment to właśnie ta kwestia najbardziej mnie interesowała. Ze względów osobistych, naturalnie.
-Nie, chciałem mu tylko dogadać. Przepraszam. - Odwrócił się na pięcie i zniknął w swoim pokoju. Spojrzałem na Zardi, dziewczyna wzruszyła ramionami.
-To całkiem normalne u Kazukiego. Lubi dokopać ludziom – powiedziała. - Obejrzymy coś?
-Pewnie. - Usadowiłem się na drugiej kanapie i czekałem, aż Zardi wybierze jakiś film.

*Kazuki*

Tak, wiem, jestem idiotą. Ale co ja na to poradzę, że mam niewyparzony język. Mam tylko nadzieję, że Yuu się nie obraził. On nie lubi, kiedy się tak zachowuję. To wszystko przez Uruhę, ten człowiek doprowadza mnie do białej gorączki. Tylko co mi przyszło do głowy, żeby mówić o tych związkach? Jestem idiotą, jednym, wielkim idiotą.

*Manabu*

Wracałem do domu, no tymczasowego, z zakupami. Dzisiaj była moja kolej. Aż dziw bierze, że udało nam się jakoś dogadać. Minęły dwa tygodnie podczas których było względnie spokojnie. Kazuki wrócił do łask kolegów i jakoś się wszystko toczył. Aktualnie mieszkaliśmy we trójkę. Rodzice Kazu znów musieli wyjechać w delegację. Na kilka dni, ale jednak. Do towarzystwa zostawili nam Zardi, która nie spieszyła się z powrotem. Chwilowo doczepiła się do mojej klasy i była wielką sensacją. Szkoda, że nie zrobiłem zdjęcia tym wszystkim zazdrosnym dziewczyną, kiedy chłopcy oblegali „nową”. Dobrze, że została. Wprowadzała trochę życia swoim entuzjazmem i nawet samą obecnością. Pozytywnie zakręcona osoba. Nagle ktoś złapał mnie za rękę i wciągnął do ciemnego zaułka. Zostałem przyparty do ściany. Zdezorientowany popatrzyłem na mojego „oprawcę”. O dziwo, rozpoznałem go. To był ten sam chłopak, którego wtedy przyprowadził ze sobą Kazuki. Przycisnął mi rękę do gardła.
- Słuchaj, sukinsynie – wysyczał, przez zaciśnięte zęby. Momentalnie mnie zamurowało. O co może mu chodzić? - starałem się zdobyć Kazukiego od dłuższego czasu. Pff, od jakiegoś pół roku. I kiedy nareszcie mi się to udało, prochami, bo prochami, ale szczęściu trzeba pomóc, ty musiałeś wszystko spieprzyć. - Patrzyłem na niego, nie do końca rozumiejąc o czym do mnie mówi. - Wiesz, jak się wtedy poczułem? Jak zwyczajna kurwa! Myślisz, że po co było to całe zgrywanie niewinnego i uroczego, pojawianie się w klubie? Wszystko dla niego! I nic mi z tego nie przyszło! Dlaczego? Bo zatrzepotałeś rzęsami i trochę popłakałeś. Kazuki już leci, jak na pstryknięcie palców. Zobaczysz jeszcze jak to jest. On nie jest typem, który wchodzi w długotrwałe związki, rozumiesz? - Nadal stałem jak wryty, zresztą nie sądzę, że mógłbym wydobyć z gardła jakiś dźwięk, przez rękę, która nadal była do niego przyciśnięta. Otrzeźwił mnie dopiero piekący ból na policzku. - Pytałem, czy rozumiesz?! - Pokiwałem automatycznie głową. - Wiem, że Kazuki i tak potraktuje cie jak ścierwo, ale... - Rozsunął mi uda kolanem i przycisnął mocniej do ściany. - ...dlaczego ja nie mam się pobawić? Trzeba rozpakować mu nową zabawkę. - Przesunął nogę odrobinę wyżej. Oprzytomniałem dopiero, kiedy zaczął podwijać mi koszulkę. Odepchnąłem go z całej siły i wybiegłem z zaułka. Słyszałem za sobą jego krzyki, ale nie rozróżniałem poszczególnych słów. Czym prędzej dobiegłem do domu, nie zatrzymując się po drodze, ani na sekundę. Zrzuciłem buty i zatrzasnąłem za sobą drzwi do mojego pokoju.

*Kazuki*

Siedziałem na kanapie słuchając trajkotania Zardi o jej ulubionym zespole. Jak im tam było... O, Dangerous Muse. Czyli jednak jej słuchałem. Jestem z siebie dumny. Mówię wam, ta to ma gadane. Może gadać i gadać bez przerwy. W pewnym momencie usłyszałem trzask drzwi, szelest reklamówek i przed naszymi oczami przebiegł Manabu, przyciskając rękę do twarzy. Odruchowo poderwałem się z kanapy. Ponownie trzasnął drzwiami, tym razem do swojego pokoju. Sekundę później usłyszeliśmy zduszony szloch. Zaniepokojony, spojrzałem na kuzynkę.
-Idź do niego. - Popchnęła mnie lekko w stronę drzwi.
-Manabu, wszystko w porządku? - Z pokoju dobiegł tylko kolejny szloch, a poza tym nic. Popatrzyłem w stronę Zardi. Ta popukała się w czoło, wskazała na mnie i na migi pokazała mi, żebym wszedł. Uchyliłem drzwi i wślizgnąłem się do środka. Manabu leżał skulony na łóżku i, nie koloryzując, wyglądał jak kupka nieszczęść. Serce mi się krajało na ten widok. Niech tylko się dowiem, kto go skrzywdził. Powoli do niego podszedłem i usiadłem obok. Bu skulił się jeszcze bardziej i lekko odsunął. Nadal szlochał. Pochyliłem się nad nim i ostroznie objąłem. Chłopak spiął się, ale nie odsunął, co uznałem za dobry znak. Położyłem się naprzeciwko i, nadal go obejmując, odgarnąłem mu włosy z twarzy. Myślałem, że to chociaż trochę pomoże, ale nic z tego. Na jego twarzy nie zagościł nawet najmniejszy uśmiech. Widziałem, że oczy mu się szkliły, ale usilnie powstrzymywał się od płaczu.
-Mam zawołać Zardi? - spytałem. Pokręcił szybko głową. Szczerze mówiąc – ulżyło mi. - Wypłacz się, jeśli chcesz. - Przysunąłem się bliżej i pocałowałem go w czoło.

*Manabu*

- Mam zawołać Zardi? - Na samo to stwierdzenie się przestraszyłem. No jeszcze tego mi brakowało, żeby dziewczyna widziała mnie w takim stanie. Szybko pokręciłem głową. - Wypłacz się, jeśli chcesz. - Kazuki przysunął się do mnie i pocałował w czoło. Na ten czuły gest wtuliłem się w niego jeszcze bardziej i chwyciłem za koszulkę. Chłopak delikatnie głaskał mnie po głowie. Chociaż postanowiłem, że nie będę płakał – zrobiłem to. To było...Czym ja tam komuś w górze zawiniłem?
-Ciii, będzie dobrze. Opowiedz mi, co się stało. - Kazuki lekko pociągnął mi głowę go góry, zmuszając do spojrzenia mu w oczy. Więc opowiedziałem. O całym upokorzeniu, o tym, że nie mogłem się ruszyć, bo byłem zbyt przerażony, o wszystkim, co powiedział tamten chłopak. Słowa wylewały się ze mnie i wraz z nimi trochę opuszczało mnie całe zdenerwowanie. Kiedy skończyłem z oczu znów popłynęły mi łzy. Nie chciałem, żeby Kazu je widział, więc ponownie wtuliłem się w jego koszulkę.
-Hej, nie płacz. Teraz będzie dobrze, znajdę go. Już nikt cię nie skrzywdzi. - Te słowa podniosły mnie na duchu. Popatrzyłem na niego oczami nadal mokrymi od płaczu. Kazuki pochylił się nade mną i powoli scałował łzy z moich policzków i kącików oczu. Lekkimi pocałunkami zbadał całą moją twarz. Kiedy doszedł do ust, popatrzył na mnie, szukając w moich oczach pozwolenia. Widać je znalazł, bo przyciągnął mnie do pocałunku. To było o niebo lepsze, niż moje wyobrażenia. Kazuki smakował miodem, cynamonem i czymś, czego do końca nie potrafiłem zidentyfikować. Dobrze, że akurat leżałem, bo zakładam, że taka mieszanka skutecznie zwaliłaby mnie z nóg. Wplotłem rękę w jego włosy i przyciągnąłem go bliżej. Rozchyliłem usta, z czego on chętnie skorzystał. Lekko przejechał językiem po moich wargach, a potem zębach. Mimowolnie jęknąłem, na co Kazuki przewrócił mnie na plecy i zjechał pocałunkami na moją szyję. Oddychałem szybki, zresztą on też. Po chwili jednak znów przyciągnął mnie do siebie, głaszcząc moją szyję. Mruczał przy tym, jak mały kociak. W tej chwili otworzyły się drzwi.
-Wszystko w porządku z... - Równocześnie popatrzyliśmy na stojącą w drzwiach dziewczynę. - O, dosyć dobrze się skończyło, prawda? Awww, to jest takie słooodkie. - Wskoczyła na łóżko i popatrzyła na nas roziskrzonymi oczami. - Więc jednak doszliście do tego, że coś do siebie czujecie? - Popatrzyłem na nią z lekka ogłupiały. Sądzę, że w większości była to wina pocałunku, niż słów dziewczyny.
-O czym ty mówisz, Zardi? - zapytałem.
-Ty nadal nic nie wiesz? Ojej, faceci. - Westchnęła ciężko. - To ja nic nie powiem. Idę na spacer, miłej zabawy. - Pomachała nam jeszcze ręką i wyszła, zamykając drzwi.

*Kazuki*

Zabiję tą małą sabotażystkę. Nieświadomą, bo nieświadomą, ale nadal sabotażystkę. A miało być tak pięknie. Chociaż nadal może.
-Kazu, o czym ona mówiła? - Odwróciłem się do przyjaciela, który patrzył na mnie wyczekująco.
-O tym, że...że... no, ten... - Nigdy, przenigdy nie byłem dobry w wyznawaniu uczuć. Widziałem lekki uśmiech Bu, więc zapewne domyślił się, co chce powiedzieć, ale czekał cierpliwie. Pogładziłem go po policzku i znów lekko pocałowałem. - Ja...Kocham cię, Bu.
Chłopak rzucił mi się na szyję i lekko łamiącym się głosem wyszeptał:
-Ja ciebie też, Kazuki. - Pocałował mnie, a kiedy oderwaliśmy się od siebie, żeby zaczerpnąć oddech powiedział:
-Nawet nie wiesz, jak długo na to czekałem. - Chwila, to on też? To był dla mnie istny szok. Manabu, Mój Manabu, przy którym musiałem się powstrzymywać, żeby nie rzucić się na tego uroczego, słodkiego Bu wcześniej coś do mnie czuł?
-Ty też? - Dobra, banalne, bo banalne, ale nic innego w tym momencie nie przyszło mi do głowy. Byłem w zbyt dużym szoku. Manabu popatrzył na mnie zdumiony.
-Chyba nie chcesz powiedzieć mi, że...
-Nieważne co chcę powiedzieć. Od dzisiaj jesteś mój i nic tego nie zmieni. Ani nikt. Kocham cię.

*Manabu*

Jeśli w tamtej chwili szukalibyście najszczęśliwszego człowieka na ziemi, to zgłaszam się na ochotnika. Naprawdę myślałem, że nie mam szans u Kazukiego. Jednak ktoś musi mnie lubić, mimo mojego pokręconego życia. Ale, co było, zostaje za nami, a teraz mam Kazu i nic więcej do szczęścia mi nie potrzeba. Miłość to jednak piękna rzecz.
-Bu, wstawaj, trzeba iść do szkoły. - Nade mną pochylał się Kazuki i lekko mnie pocałował. Odruchowo przyciągnąłem go bliżej i pociągnąłem na łóżko. Chłopak zamruczał słodko i z ochotą oddał pocałunek. Jak zawsze, każde jego muśnięcie warg było słodkie i delikatne. Coraz bardziej zatracałem się w pocałunku i zacząłem poważnie zastanawiać nad opuszczeniem dnia w szkole, kiedy:
-Skarby wy moje, jeżeli znów się liżecie, muszę zaprotestować. Wejdę za raz...dwa... - poderwałem się z łóżka, jeszcze raz delikatnie muskając usta mojego chłopaka i wybiegłem za drzwi w chwili, kiedy Zardi powiedziała – trzy!

KONIEC

Od autorki (i wena)
A: Więc tak, ja wiem, ze w wielu momentach, to nie jest logiczne i wybitnie poukładane...
W: Pfff... też coś *foch*
A: Chcesz coś dodać?
W: A żebyś wiedziała. Nieskładne, też mi coś. To ja się tutaj męczę i...
A: Siedzę u kochanka.
W: U żadnego kochanka, byłem tutaj cały czas!
A: Przez ostatnie kilka dni.
W: Ale to zawsze coś, prawda? Napisałaś? Napisałaś.
A: Tak, napisałam, ale nie odpowiadam za ewentualne uszczerbki na zdrowiu. Wszelkie skargi wysyłać na adres mojego drogiego wena.
W: O właśnie...Czekaj. Co?!
A: *śmiech*
W: I jak ja mam z nią niby pracować? *załamany*
A: Jakoś dajesz radę. *klepie po ramieniu*
W: Z ledwością!
A: Wen to kapryśny przyjaciel. *wzdycha*
W: I kochanek.

A: *trzepie go w głowę* Do zobaczenia następnym razem!

2 komentarze:

  1. OJEJKUJEJKUJEJKUJEJKU *-----------*
    Czemu mi nie powiedziałaś, że to tu dodałaś? ♡
    ...chciałaś sprawdzić, czy tu wchodzę, co? XD Nie miałam czasu i teraz żałuję :c

    Ah, Henryk ♡

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że chciałam sprawdzić :3 xDDD Aczkolwiek nie rozumiem co Henryk ma do tego opowiadania :D

      Usuń